środa, 14 marca 2012

O "Shameless" raz jeszcze

Raz jeszcze, ponieważ pisałem już o serialu stacji Showtime w tym miejscu, wkrótce po zakończeniu 1-go sezonu; teraz piszę przy okazji sezonu 2-go (który wciąż trwa), ale że nadal podoba mi się to samo, trochę się niżej powtarzam, trochę kontynuuję, a trochę - mam nadzieję - doprecyzowuję to, o czym wcześniej.

Podobnie jak pierwszy epizod 1-go sezonu, tak pierwszy epizod sezonu 2-go kończy się w "Shameless" sceną zabawy pod gołym niebem, w jakiej biorą udział mieszkańcy dzielnicy, w której rozgrywa się akcja serialu (zabawy, dla której głównym bodźcem jest spalenie roślin konopi, której produkcja wymknęła się jednemu z bohaterów spod kontroli). Jest to scena czysto afirmacyjna, podkreślająca więź tej konkretnej grupy, a samo jej zarówno powtórzenie, jak i umieszczenie nie przy okazji podsumowującego finału, ale po drugiej stronie – na początku, jest wyraźną próbą zaakcentowania, kluczowego dla fabuły filmu, jej wspólnotowego (czy nawet ludycznego) charakteru. Wpisującego całość w ramy pozytywnego feel good movie, ale feel good na swoich własnych, szczególnych zasadach.

Patrząc pod kątem przypadkowego socjologicznego opisu, komentarza do współczesności, obyczajowości, do społecznych norm, ról i tematów tabu (...), komedia jako gatunek filmowy nosi w sobie duży krytyczny i dwuznaczny jednocześnie (dwuznaczny w znaczeniu za np. anarchistyczny albo quasi-anarchistyczny w wymowie) potencjał obecny w samej już tylko w możliwości prześmiewczego opowiadania o tym, co dla danej rzeczywistości, kultury, właściwe. I idąc dalej – mierzenia się tą drogą z tej kultury normami, zakazami, opresyjnością bądź (nie)moralnością. Jest to jej wyjątkowo zacna cecha, aczkolwiek gdy już wykorzystywana to nie tylko w sposób zamierzony i nie tylko satysfakcjonujący. Za wybitny film tego rodzaju uważam "Love Exposure" Shiona Sono, dalekimi od wybitności, ale popularnymi u nas są choćby niedawne "Druhny" Paula Feiga czy filmy Sachy Baron Cohena.

W myśl powyższego, podstawą dla "Shameless" jest wpisanie w ramy codziennej normy tego (czegoś z tego), co codziennie, "normalnie", odbierane jest jako niepoprawne i patologiczne. Bohaterowie serialu są niepoprawni i patologiczni, ale nie są pod tym względem ani w prostacki sposób karykaturalni (jak u wspomnianego Baron Cohena), ani komediowo-lajtowo infantylni (jak we wspomnianych "Druhnach"). To niejednowymiarowe, dynamiczne postacie, których osobność tkwi w tym, że to co niskie, nawet "ułomne", jest przez nich tyleż akceptowane, co we właściwy sposób rozpoznawane.

"Shameless" to w pierwszej kolejności bardzo zabawna obyczajowa komedia, zawieszona w swoim stylu gdzieś miedzy tzw. społecznym realizmem (to może nie do końca trafne określenie, ale tak już jest, że filmowe obrazy klasy nieuprzywilejowanej zwyczajowo kojarzą się ze "społecznym realizmem"), a niczym nieskrępowanym humorem, w myśl którego nie ma nic nieprawdopodobnego w sytuacji jak ta, gdy koło odpadające od przelatującego nad miastem samolotu upada na chodnik kilka centymetrów przed kobietą, której udało się właśnie przezwyciężyć swoją agorafobię.

Ale tym, co lubię w "Shameless" najbardziej jest właśnie sposób, w jaki bohaterowie postrzegają siebie nawzajem, a tym samym otaczającą ich rzeczywistość. Posiadają oni naturalną, powiedziałbym - życiową wiedzę, z jednej strony dającą wyrozumiałość, z drugiej uwalniającą ich od narcyzmu i (społecznego) wstydu, a w konsekwencji – od wzajemnych osądów i krótkowzroczności.

Kolejne epizody "Shameless" sprawiają wrażenie, jakby przed ich napisaniem scenarzyści przeanalizowali szczegółowo teorie na temat społecznych i interpersonalnych gier, a następnie tak budowali fabułę, aby pozwolić swoim bohaterom wyjść poza (zbyt) ciasny rytuał. Zwięzłym a ładnym przykładem tego rodzaju wolności jest scena w zakończeniu szóstego epizodu 2-go sezonu, w której jedna z bohaterek, Fiona, pociesza swojego ojca Franka – gnębionego/odrzucanego przez matkę – mówiąc mu, że także ma "przejebanych rodziców" (teoretycznie jest to scena, która mogłaby pojawić się w jakimkolwiek serialu komediowym, ale trudno mi sobie wyobrazić inny film, w którym wybrzmiałaby równie szczerze, na miejscu, jak w tym przypadku).

Ta samowiedza, zdolność do przekraczania dramatycznych sytuacji, które nie prowadzą do psychodramy, ale ją rozbijają, w naturalny i - co kluczowe - nienaiwny sposób rozładowują jej ciężar, w połączeniu ze wspomniana wyżej optymistyczno-afirmacyjną wymową serialu, czyni z niego coś na kształt lekkiej obyczajowej utopii. Wypadającej o tyle ciekawie, że konsekwentnie bardzo dwuznacznej. Lekkiej w tym znaczeniu, że uciążliwość codzienności nie jest bynajmniej znoszona przez spojrzenie bohaterów, a jedynie łagodzona przez nie. Konsekwentnie dwuznacznej w tym, że twórcy nie upupiają swoich budzących sympatię bohaterów i w miarę rozwoju akcji wciąż wplatają w nią sytuacje moralnie (i prawnie) ambiwalentne.

Dzielnica, w której rozgrywa się akcja serialu w pewnym sensie pełni podobną rolę jak małe miasteczka w amerykańskim (nie tylko) kinie niezależnym (albo tzw. niezależnym), ze swoim peace & quiet przedstawiane jako ostoja - przeciwieństwo anonimowości, ciasnoty, zepsucia i innych wielkomiejskich grzechów głównych. Różnica jest ta, że w "Shameless" akcja rozgrywa się poniekąd w samym środku takiego miejskiego burdelu, tym samym - twórcy nie tyle szukają harmonii w harmonii, co szukają - i znajdują - harmonię w chaosie.

Faktem jest jednak, że sam obraz miejskiej współczesności jest tu dalece mniej dzisiejszy niż dzisiejszość (a dalece bardziej ówczesny niż np. rzeczywistość lat 90-tych). Co jest zapewne nieuniknione, gdy opowiada się o wspólnocie, w której relacje bezpośrednie z reguły muszą górować nad relacjami pośrednimi, a priorytety nakierowane są bardziej na być niż mieć. Sprowadzając rzecz do najprostszego przykładu i najistotniejszego szczegółu - wrota do nowego wspaniałego świata, komputer/internet, wydaje się być dla rodziny Gallagherów i jej kręgu, gadżetem podobnym roślinom doniczkowym, w najlepszym razie – gazecie. W tym sensie "Shameless" przypomina inny znakomity nowy serial, wyprodukowane przez HBO "Treme". W "Treme" (kojąca) wspólnota jest częścią muzycznej tradycji; w "Shameless" kluczowy w tym względzie jest biedny status dzielnicy, w której rozgrywa się akcja, a tym samym większa rola ulicy. Dla obu seriali wspólny jest jednak obraz współczesności, czy – dokładniej - ponowoczesności, która co prawda istnieje tuż obok, ale która nie wciąga w swoje pęta, wciąż jeszcze wolnych od niej bohaterów.

1 komentarz:

  1. He. Po pierwszym tekście serial wydał mi się interesujący, ale nie na tyle, aby czym prędzej po niego sięgnąć. Aż w końcu całkiem o nim zapomniałem. Teraz wystarczył pierwszy akapit recenzji.

    OdpowiedzUsuń