środa, 25 marca 2015

Halloween, reż.John Carpenter (1978)



Na etapie producenckiego pomysłu istniejący jako horror o zabójcy opiekunek do dzieci, pod roboczym tytułem "The Babysitter Murders", doskonały film Johna Carpentera stosunkowo szybko został rozpoznany i doceniony przez krytykę i widzów. Zapowiadający się niepozornie, napisany w osiem dni i zrealizowany w trzy tygodnie za niewielką kwotę 300 tysięcy dolarów, początkowo miał dosyć ograniczoną dystrybucję. Na samo "Halloween" zaplanowano jednak jego pokazy w większych kinach (oczywiście niemających już nic wspólnego z grindhouse’m) i większych miastach. I tam odniósł nagle taki sukces, że nie schodził z ekranów przez dobre pół roku, wyrastając na jeden z największych przebojów końca swojej dekady, a samego Carpentera przenosząc z kina niezależnego do mainstreamu.

Co jednak bardziej istotne niż Box Office, to że w historii filmowego horroru to niekwestionowane arcydzieło gatunku. Najważniejsze obok "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną" (The Texas Chain Saw Massacre 1974) Tobe’a Hoopera osiągniecie realistycznego amerykańskiego filmu grozy lat 70. A także – poprzedzone m.in. włoskim "Krwawym obozem" (Reazione a catena 1971) Mario Bavy i kanadyjskimi "Czarnymi świętami" (Black Christmas 1974) Boba Clarka – właściwe narodziny slashera. Ikoniczny, wielokrotnie naśladowany i podrabiany, dziś to film znany lub przynajmniej kojarzony przez wszystkich widzów mających jakie takie pojęcie o filmowym horrorze. I tych niemających też. Choćby w swej najbardziej rozdrobnionej wersji, jako popkulturowy gadżet, o którym łatwo usłyszeć zwłaszcza co roku, w ostatnim dniu października.

Na tle swej popularności i płodności oglądany dziś pierwszy "Halloween" sprawia wrażenie dzieła nawet bardziej stonowanego, niż jest. I niezmiennie, tak samo jak zawsze, eleganckiego. Jest w filmie Carpentera daleko posunięta powściągliwość. Taka organizacja akcji, jakby reżyser opowiadał fabułę samym jej nastrojem, nieśpiesznym rytmem i tym, co w niej najbardziej esencjonalne. Tyle że nie w akcji, ale w obrazach. Swoisty minimalizm na służbie kina gatunku; charakterystyczny i dla wielu innych dzieł reżysera, ale właśnie w tym wybrzmiewający najdoskonalej. Wybrzmiewający również dosłownie, bo powyższe tyczy się także skomponowanej przez Carpentera, opartej na zaledwie kilku taktach, znakomitej ścieżki dźwiękowej, dziś jednej z najbardziej rozpoznawalnych muzycznych ilustracji filmu grozy.

"Halloween" to slasher niemal bezkrwawy. Z długą ekspozycją, niewielką liczbą bohaterów i stosunkowo nieczęstym dialogiem, jest filmem atmosfery budowanej jesiennie nadgniłymi obrazami miejsca akcji: spokojnego, niewielkiego miasteczka Haddonfield (w którym tylko raz, 15 lat wcześniej, wydarzyło się coś bardzo niedobrego), położonymi obok siebie, bliźniaczo podobnymi, jednorodzinnymi domkami, opustoszałymi ulicami pełnymi pożółkłych liści, ciszą i nastrojem wyczekiwania, w którym nietrudno dostrzec, lub dosłyszeć, zapowiedź końca idylli; nadejścia, czy nawet już obecności i spojrzenia Złego.

A boogeyman w "Halloween" to zło w postaci czystej. Postawny, skrywający twarz za maską martwych emocji, tak samo powolny jak skuteczny, Michael Myers jest niezdefiniowany: jednocześnie realny (ma historię, ma lub miał rodzinę) i nierzeczywisty. Enigmatycznie milczący, pozbawiony jakiejkolwiek innej motywacji niż tylko chęć mordu, w szeregu podporządkowanych jego spojrzeniu subiektywnych (stalkerowych) ujęć kamery sprawiający wrażenie wszechobecnego, potrafiącego dotrzeć wszędzie. Jest też (może) niezniszczalny, tak jak niezniszczalni będą w latach późniejszych, wyrastający nierzadko bezpośrednio z jego postaci, kolejni wciąż odradzający się slasherowi oprawcy, jak Jason z "Piątków trzynastego" (Friday the 13th 1980-2009), Freddy z "Koszmarów z ulicy Wiązów" (A Nightmare on Elm Street 1984-2010) czy oficer Cordell z serii "Maniac Cop" (1988-1993).

Ten popularny i odpowiednio do tego mocno strywializowany przez kino gatunku (również przez kolejne filmy serii Halloween) motyw u Carpentera zachowuje swą pierwotną siłę. Kuloodporny Myers jest kimś więcej niż tylko pierwszym Terminatorem horroru. Jest tak jakby wywodził się z na poły mitycznego, rytualnego porządku; nie innego niż ten, którego dotyczy czas akcji, będące karnawałem upiorności święto Halloween. Inaczej już, ale w podobnie symboliczny wzór, wpisują się również pozytywni antagoniści Michaela – doktor Loomis, człowiek nauki, który zdążył już ugiąć swe poglądy przed tym, co Niesamowite i jako jedyny potrafił rozpoznać wcześniej (czy może przeczuć, bo Michael nie jest do rozpoznania) naturę mordercy, oraz niedoszła ofiara Myersa, a wyraźnie przykuwająca jego uwagę, skromna, nieśmiała – i jako taka pozostająca w opozycji do swoich koleżanek – nastolatka Laurie Strode.

W kolejnych filmach serii Halloween relacja Michaela z Laurie wyjaśniona (choć w gruncie rzeczy wyjaśniona tylko pozornie) została przez dopisanie im bliskiego, rodzinnego pokrewieństwa. Co było zabiegiem niepotrzebnym, więcej ujmującym bohaterom, niż dodającym (wyjątkiem są plasujące się obok oryginalnej serii Halloween i Halloween 2 [2007-2009] – znakomite remaki Roba Zombie, łączące w jedną, unikatową całość brutalny slasher z ciężkim w emocjach, rodzinnym melodramatem). U Carpentera Laurie i Michael to klasyczny gatunkowy awers i rewers; figura winna zła i figura niewinna, które przyciągają się tak, jak podobno zwykły przyciągać się przeciwieństwa (a przynajmniej ona przyciąga jego). Sam reżyser wskazuje na jeszcze inną i nawet bliższą paralelę, jaką jest wspólne obojgu bohaterów wycofanie i społeczna nieprzystawalność. Ot, halloweenowa opowieść o spotkaniu dwojga outsiderów.

Tekst opublikowany również na blogu Kinomisja

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz