wtorek, 29 września 2020

Alone, reż. John Hyams (2020)

W zestawieniu z najgłośniejszym filmem Hyamsa, zarazem jednym z najoryginalniejszych B-klasowców dekady, jakim dość niespodziewanie okazał się "Uniwersalny żołnierz. Dzień odrodzenia" (2012), "Alone" to kino powściągliwe, a nawet intymne, taką nieoczywistą intymnością survivalowego thrillera, w którym kamera na moment nie odstępuje intensywnie obecnej bohaterki - przytłoczonej osobistą tragedią, sterroryzowanej przez porywacza, przed którym ucieka w las. Oboje, ona i on, są na pierwszy i drugi rzut oka zwyczajni, jak ludzie mijani na stacji benzynowej, i z obojga droga i las wyciągają coś jeszcze, z niego wilka, z niej siłę, o którą się wcześniej, w swojej żałobie i samotności, nie podejrzewała. Opowiedziane jest to prosto, z imponującą precyzją. W niepodkręconych konwencją i filtrem obrazach jest barwa i siła natury, trzask, bagno, rwący nurt rzeki; w oszczędnym dialogu naturalność i tajemnica, złowieszczość drapieżcy tak zwyczajna, że aż jakoś nierealna, metafizyczna - tak bliska ziemi, że również trochę piekła. Zaskakuje, że twórca "Dnia odradzenia" zrobił film tak uważny w portrecie bohaterki, dziewczyny z twojego podwórka, której nigdy nie wpycha w rolę kobiecej zabawki w kinie gatunku. Nieseksualizowana, nawet niespecjalnie efektowna, a jednak spektakularna, gdy upieprzona błotem niby wojennymi barwami, staje na otwartym polu do ostatecznej walki ze swoim prześladowcą. 



sobota, 5 września 2020

Diabolik, reż. Mario Bava (1968)

Lubię w filmach Bavy wyrafinowaną sztuczność, którą są podszyte, sceniczną i literacką, w ten czy inny sposób przypominającą, że wszystko to tylko przedstawienie, spektakl w kolorze. W początkowych partiach "Diabolika" jest scena konferencji prasowej, w której przedstawiciele rządu, policji i dziennikarze zatruci zostają gazem wywołującym niepohamowany śmiech - śmieją się tak bardzo i (może jednak) szczerze, że odnosisz wrażenie, że śmieją się do ciebie. Scena poniekąd podważa wszystko, co się w filmie wydarzyło i wydarzy, choć może wcale nie musi: w swojej podkręconej pop-artowej stylistyce całość jest tak kreskówkowa, że trudno traktować ją inaczej niż jak ekscentryczną igraszkę. A mimo to uderzył mnie "Diabolik" swoim cynizmem. Tytułowy antybohater, superzłoczyńca z korzeniami w Fantomasie, obok tego, że jest anarchistą wysadzającym w powietrze podatki, jest też złodziejem i (jednak) mordercą, którego łotrzykowski wdzięk nie romantyczny jest, a eskapistyczny: od gangsterów, z którymi jest w konflikcie, różni go spryt, atrakcyjny wygląd i wierność kobiety, z którą uprawia seks w pościeli zrabowanych pieniędzy - nieprzypadkowo obraz ten cytować będzie później Scorsese w "Wilku z Wall Street". W innej ze scen bohater oblepia ciało partnerki skradzionymi diamentami tak, jakby oblepiał ją pijawkami, i ostatecznie trudno powiedzieć czy przebijające z filmu umiłowanie dla cwaniactwa i luksusu, ma jedynie schlebiać gustom publiczności, czy jest w nie również, kolorowym i oskarżycielskim paluchem, wymierzone.     

piątek, 28 sierpnia 2020

Przesłuchanie, reż. Ina Weisse (2019)

Od pewnego momentu oglądałem jak rewers niedawnej "Przedszkolanki" Sary Colangelo - zafiksowanie na punkcie dziecięcego talentu, rozwalało tam świat bohaterki, ale też kazało jej wyjść poza siebie, był w niej głód czegoś większego, czego nie potrafiła wyrazić inaczej niż infantylnym językiem. W "Przesłuchaniu" to tylko szamotanina i dążenie do tzw. perfekcji; granej przez Ninę Hoss Annie zdecydowanie bliżej do Eriki z "Pianistki" Hanekego, z tą różnicą, że jest w niej nieco więcej ciepła, a najwięcej potrzeby ciepła. Cała opowieść o niej to ciągłe lawirowanie między ciepłym a zimnym. W może najczulszej scenie filmu, kiedy spontanicznie odwiedza kochanka, siadają w jego kuchni przed piekarnikiem, jak przed telewizorem (w jeszcze innej, Anna po powrocie do domu, wciąż w wyjściowym ubraniu, ogrzewa swoje ciało suszarką do włosów); odwrotnie, kiedy udaje się w odwiedziny do ojca, a szara, jesienna sceneria ustępuje śnieżnej, zimowej. Wychodząc i wracając do tego miejsca, tzn. do rodzinnego domu, "Przesłuchanie" jawi się jako opowieść o grzechach rodziców przechodzących na dzieci. Rygorystycznie wychowana przez surowego ojca Anna, nie odrywa się od niego, a staje nim, a zmierzający ku najzimniejszemu zakończeniu film, niepostrzeżenie zbliża do jeszcze innego dzieła Hanekego, tego o wstrętnych dzieciach i dyscyplinie, która rodzi zło.       





sobota, 15 sierpnia 2020

White Lie, reż. Yonah Lewis, Calvin Thomas (2019)

Bohaterką tego znakomitego filmu jest dwudziestoparoletnia Katie, symulująca nowotworową chorobę, aby wyłudzić pieniądze od darczyńców. Jest zepsuta, ale też pogubiona i tak bardzo w swojej roli, że fascynująca - w scenach konfrontacji słownych przekonuje kłamstwem bardziej niż jej rozmówcy wątpliwościami i prawdą. Całość ogląda się jak thriller, którym film nie jest, ale czerpie z dobrze znanego z małego i dużego ekranu napięcia, które robi stale obecna możliwość rozpoznania i obnażenia mistyfikacji. Do pewnego stopnia przypomina to "Pierwszą stronę" Billy'ego Raya, opartą na faktach historię dziennikarza zmyślającego historie, które opisywał. Jak Stephen Glass w filmie Raya, tak Katie ma coś z dziecka w skórze dorosłej, dziecka jakoś przebiegłego, ale ze swoją energią wkładaną w nieprawdę, w której moc sprawczą tyleż głupio, co uparcie wierzy, skrzywionego i skazanego na uderzenie w mur. W przeciwieństwie do narcystycznego Glassa (ale też np. Elizabeth Holmes, bohaterki znakomitego dokumentu HBO "Wynalazczyni. Dolina Krzemowa w kropli krwi" Alexa Gibneya), celem Katie nie jest uznanie, trudno powiedzieć, czy na pewno współczucie i do jakiego stopnia chciwość. Kiedy w rozmowie ze swoją dziewczyną, mówi o cichym napiętnowaniu, z jakim wiąże się choroba, zdaje się mówić o autentycznie odczuwanym ciężarze; kiedy w kłótni z ojcem - jako jedynym nie wierzącym w jej chorobę - wyrzuca mu bezduszność, odnosi się wrażenie, że rzeczywiście wolałaby być chora. Czuć to przez większość seansu, Katie jest zdrowa, przynajmniej fizycznie, ale jej kłamstwo chore i autodestrukcyjne. Twórcy pozostawiają znaczące tropy: samobójczą śmierć matki i ciężką relację z ojcem, jednak jej samej nie diagnozują; wykonują coś na kształt ukrytej wolty i wychodząc od skandalicznego kłamstwa bohaterki, niepostrzeżenie przyglądają się i niejako wyłuskują z jej świata i świata jej najbliższych inne formy kłamstwa - powszechnego, codziennego, tchórzliwego, zakamuflowanego tak bardzo, że już się jako kłamstwo nie rozpoznaje. I taki to film: nawet jego tytuł nie mówi prawdy.


sobota, 8 sierpnia 2020

The Prey, reż. Edwin Brown (1983)

Niby typowy slasher z grupą młodych ludzi na wycieczce w lesie, ale sfotografowany wspaniale i z ideą, coś jakby "slasher przyrodniczy", bo historia cała w obrazach dzikiej natury w skali mikro i makro, w swoich najlepszych momentach opowiadana z dokumentalną czystością. Znakomite są sceny, gdy kamera nie podsłuchuje, nie podgląda, a jedynie rejestruje rytuały bohaterów rozmawiających nocą przy ognisku albo kąpiących się w rzecze pod wodospadem, niezindywidualizowanych, filmowanych jednocześnie z bliska i oddalenia, jako część natury, którą przemierzają i która ich ostatecznie wchłonie. Najlepsza w filmie sekwencja rozgrywająca się w czasie nocnej zabawy w cygańskim obozie wygląda jak wyjęta z wczesnego dzieła Lisandra Alonso. Nieco gorzej jest w momentach realizujących gatunkowy wzór. Małżonkowie Edwin i Summer Brown specjalizowali się w produkcjach pornograficznych i są w "The Prey" chwile, w których można to poczuć, zwłaszcza nagrane z aktorami porno sceny retrospekcyjne, gdy twórcy nie minimalizują, jak w pozostałych, dialogu, ale pozwalają im pokracznie wybrzmieć. Jako całość slasher to jednak niedoceniony, niezwykły, oglądałem oczarowany, przy czym widziałem jego najdłuższą wersję, trwającą 103 minuty, tzw. composite cut.















czwartek, 6 sierpnia 2020

You Don't Nomi, reż. Jeffrey McHale (2019)

Dokument o zmiennej, wieloletniej recepcji "Showgirls" Paula Verhoevena (1995), swego rodzaju wielogłos na temat, bo rozpisany w narracji na dziesięć zróżnicowanych głosów. Wśród nich David Schmader, organizator pierwszych prześmiewczych pokazów "Showgirls", który rysuje obraz filmu jako niezamierzonej komedii i kiczu monstrualnych rozmiarów. Przeciwnie krytyk filmowy Adam Nayman. Feministka Haley Mlotek oskarża Verhoevena o seksizm. Poeta Jeffery Conway nazywa "Showgirls" ostatnią z części wielkiej campowej trylogii, do której zalicza "Dolinę lalek" (1967) Marka Robsona i "Najdroższą mamusię" (1981) Franka Perry'ego. Z kolei aktorka April Kidwell, wcielająca się w postać Nomi Malone w scenicznej wersji "Showgirls", mówi o terapeutycznej roli, jaką odcisnęła na niej ta kreacja, a opowieść o jej sukcesie, staje się swoistym odwróceniem historii Elizabeth Berkley i jej pogrzebanej filmem kariery.   
        
Ilustracją dla wywodów są fragmenty "Showgirls", ale też innych filmów Verhoevena, błyskotliwie zmontowane, często same w sobie stanowiące komentarz, który podważa bądź polemizuje z wypowiedziami zaproszonych do projektu gości. Żadnych w tym gadających głów, tylko obrazy kina, czasem jakieś archiwalne nagranie, fragment prasowej recenzji lub scenicznej wersji filmu, sceny z klasyków jako punkt odniesienia.

Całość układa się w bardzo treściwą opowieść o złożoności kina i jego czytaniu, odnajdywaniu się w nim, ale i błądzeniu i rozbijaniu o nie z głupim rechotem na ustach. Jeden z ostatnich momentów "You Don't Nomi" to nagranie z rocznicowego pokazu "Showgirls". Dwie dekady po premierze, cztery tysiące ucieszonych "fanów" i zapowiadająca seans Elizabeth Berkley, która stoi na scenie, przed rozbawioną publicznością, trochę jak Tommy Wiseau. Niby są owacje, a jednak czuć w tym pomniejszenie i upokorzenie aktorki. W tym aplauzie kinofilskich kretynów kochających nie kino, a kabaret, w który je zamieniają, swój wysilony śmiech, swój sitcom na żywo.

Uderza, że w przypadku "Showgirls", szydera z filmu i grającej główną rolę aktorki są właściwie tożsame. Kino Verhoevena zawsze było na granicy, zhiperbolizowane, wulgarne i dosadne, naturalistyczne bądź ironicznie podkręcone. Kiedy jego treścią stała się opowieść o drodze nad-aktywnej striptizerki w Las Vegas, a twarzą odważna kreacja Berkley, hejt, który spadł na film, dużo więcej miał wspólnego z powszechnym seksizmem - karmiącym się choćby figurą "głupiej blondynki" -  niż jego rzeczywistą wartością.
 
Wśród głosów zaproszonych do projektu gości, na czoło wysuwają się te dwa najbardziej sobie przeciwne: pełna populistycznej retoryki ("Seriously? What? Seriously?") bekowa krytyka Schmadera i opinia Adama Naymana, zdradzającego w swoich refleksjach taką wrażliwość na język kina i, idąc dalej, jakiś nieoczywisty liryzm filmu Verhoevena, że można tylko żałować, że ekranowym czasem musiał się dzielić z innymi. Nie zaskakuje, że twórca dokumentu, Jeffrey McHale, jest wyraźnie po jego stronie, choć zdaje się też nie mieć wątpliwości, że w powszechnym odbiorze prym wiedzie i wieść będzie tępe raczej podejście Schmadera, bo tak jest łatwiej i zabawniej, dużo cycków i gadania o paznokciach. "Nie znasz mnie", pojawiający się dwukrotnie, niejednoznaczny tytuł wybrzmiewa smutno już za pierwszym razem, a za drugim wręcz elegijne - przebija z niego nie tyle oskarżenie, co szczery żal.


sobota, 11 lipca 2020

The Beach House, reż. Jeffrey A. Brown (2019)

Przypomina mi trochę niedawny Kolor z przestworzy Richarda Stanleya, od innej strony Mgłę Johna Carpentera - ma coś z lovecraftowskich opowieści, tyle że jest bardziej eko, a jeśli zadanie eko-horroru to sprawić, aby człowiek poczuł się mniej pewnie na ziemi, to wywiązuje się z tego znakomicie. Z filmowanych w pełnym słońcu obrazów zbyt cichej, opustoszałej plaży, bije podobnie złowrogi niepokój jak z tych z Długiego weekendu Colina Egglestona; natura żyje jakby poza człowieczym spojrzeniem i jako taka jest tym straszniejsza w biały dzień, gdy widać niby więcej, a jednak wciąż nic. Całość rozpisana na zaledwie cztery osoby, dwie nieznające się wcześniej pary, różne pokolenia i przez chwilę nawet ślad napięć w domku na plaży przed sezonem, ale to nieco zwodnicze kameralności - stawka jest albo apokaliptyczna albo tylko ewolucyjna. Najpierw coś strasznego wypełza z wody, a potem pełza człowiek. Dosłownie, bo z czasem bohaterowie - jak to w horrorze: coraz mniej do siebie podobni - więcej leżą, niż stoją, podpierają się, czołgają, jakby tracili własną masę i swoistość, bo świat (dom na plaży) stał się w jednej chwili miejscem nie dla człowieka i jakby wszyscy mieli podzielić los Gragora Samsy, a Gregor Samsa obudził się mniej robakiem, a bardziej rybą.     







wtorek, 7 lipca 2020

The Night Digger, reż. Alastair Reid (1971)

Cały w jesiennych szarościach, jak przystało na brytyjski dreszczowiec, w którym na starcie jest starzenie się, uciekający czas i szanse na coś więcej, a na końcu melodramat na wietrzystym, stromym klifie. Bardzo hitchcockowy w znajdowaniu źródła skrzywienia i zagrożenia tuż obok, we własnym domu albo na podwórzu, ale efektowny inaczej, właściwie prowincjonalnie nieefektowny, pełen nie-młodości w obrazach twarzy i miejsc. Młody jest tu jedynie Norman Bates na motocyklu, zgwałcony kiedyś na polu przez grupę wulgarnych chłopek. I młode są jego ofiary, które pojawiają się na ekranie, jakby wyłącznie po to, aby mógł je wypatrzeć drapieżca. Na pierwszym planie jest grana przez Patricię Neal Maura – mieszkająca w za dużym domu i opiekująca niewidomą i niewdzięczną matką. Ta zła matka wydaje się początkowo wycięta z freakowego thrillera z późną Bette Davis albo Joan Crawford, choć ostatecznie jedynie wydaje. Jest śmieszna w swym skurczonym okrucieństwie jak własne odbicie w krzywym zwierciadle, ale przede wszystkim bezradna i słaba, zaś Neal poniekąd kontynuuje swoją przejmującą rolę z "Huda, syna farmera" Martina Ritta, podobnie smutna i desperacko samotna, podobnie coraz starsza.      









niedziela, 5 lipca 2020

The Looming Storm, reż. Yue Dong (2017)

Skąpana w błękitnych szarościach i strugach deszczu, a umiejscowiona w politycznie zbrodniczej przeszłości (w robotniczym miasteczku południowych Chin drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych) opowieść o pogoni za mordercą-widmem, którą porównałbym do koreańskiej Zagadki zbrodni. Z pewnością nie ja jeden, bo odwołania do arcydzieła Bonga ewidentne, choć całość własna w swojej lokalności i pomyśle na to, co najważniejsze. Bohaterem jest ochroniarz miejscowej huty, wierzący w sprawę przodownik pracy, który uwierzywszy również, że potrafi schwytać krążącego po okolicy gwałciciela i mordercę, obsesyjnie oddaje się jego tropieniu i mocą jakiegoś poznawczego błędu - niewidocznych a gigantycznych rozmiarów - przekracza granicę, staje się może równie potworny jak zło, za którym goni i system, w którym żyje. Wszystko więc ostatecznie miesza się ze sobą, zamienia w tą samą błotnistą masę pod sinym niebem; stracona przeszłość, stracone życie i trupie patrzenie w pustkę na koniec.