sobota, 1 czerwca 2019

Władca lalek 3: Zemsta Toulona, reż. David DeCocteau (1991)

Umiejscowiony w Berlinie 1941 roku prequel opowieści o morderczych marionetkach doktora Toulona, może najbardziej osobny wśród filmów serii. W przeciwieństwie do poprzedników zrealizowanych w myśl mocno slasherowego wzoru i przy całej charakterystycznej dla fullmoonowych horrorków realizacyjnej obskurności, więcej tu narracyjnego pomysłu. Szczypta, powiedzmy, Nazi Occult - bo naziści pracują nad formułą mającą umożliwić im przywracanie do życia zmarłych żołnierzy, więcej niż szczypta kina zemsty – bo lalkarz za pomocą marionetek mści śmierć ukochanej żony. Więcej też filmowego kostiumu, a idąc dalej przedstawienia, za sprawą którego skrytym jądrem filmu staje się paralela między ożywionymi marionetkami a marionetkowymi bohaterami B-klasowego horroru. Pierwsza z lalkowych scen "Władcy lalek 3" to wystawiany dla rozbawionych dzieci kukiełkowy teatrzyk, w którym amerykański kowboj ostrzeliwuje Adolfa Hitlera; wedle słów samego Toulona: "satyra polityczna". Słów nieco górnolotnych, choć przewrotnie jest to scena podsumowująca cały film, który w nierzadko pokraczny, ale i uroczo jarmarczny w tej pokraczności sposób nieustannie splata figury kukiełek z figurami ludzi. Jak się w trzecim "Władcy..." okazuje, marionetki Toulona są marionetkowymi kontynuacjami osób znanych przez lalkarza prywatnie, część z nich, obecna już we wcześniejszych odsłonach serii, w tej dopiero powstanie, marionetkowi - nawet jeśli bez lalkowego odpowiednika – są tu naziści, marionetkowy jest Toulon, marionetkowa wojna, a w bodaj najbardziej efektownej scenie filmu kluczowy szwarccharakter zostaje skrępowany niby pajacyk na sznurkach. Kino jak zabawa laleczkami.

czwartek, 9 maja 2019

Studnia i wahadło, reż. Stuart Gordon (1991)

Z opowiadaniem Edgara Allana Poego wspólny ma przede wszystkim tytuł i wymienione w nim gadżety użyte jako narzędzia tortur, może jeszcze szczury i oczywiście inkwizycję, choć wielki inkwizytor Torquemada u Poego nie występował. U Gordona, w efektownie przestrzelonej kreacji Lance'a Henriksena, jest diabolicznym impotentem o sadomasochistycznych preferencjach, takim trochę średniowiecznym Pinheadem tudzież materiałem na niego; wzorcowym wcieleniem eksploatacyjnego potencjału zakochanych w śmierci wieków średnich. Atrakcją tego nieco przaśnego, ale udanego filmu jest lekko szyderczy, odpowiednio do czasu akcji karnawałowo-awanturniczy rys rodem z "Flash+Blood" Paula Verhoevena. W pierwszej scenie przedstawiciele inkwizycji poddają karze chłosty wydobyty z trumny szkielet arystokraty, w jednej ze scen późniejszych, palona na stosie czarownica wybucha w oprawców żywym ogniem, ponieważ chwilę wcześniej udało jej się podjeść prochu. Czarownica jest zresztą prawdziwą poczciwą czarownicą, a sam film zdecydowanie po stronie swobodnej półpogańskości przeciwstawionej spiętej zabobonności okrutnych mnichów. Maria - ofiara i obiekt westchnień napalonego, ale nieumiejącego Torquemady - w swojej niewinności jest jednocześnie wcieleniem Marii Magdaleny i nieświadomą swej mocy empatyczną wiedźmą ze zdrowym seksualnym apetytem. Sekwencja przedstawiająca jej przesłuchanie jest właściwie obrazem molestowania seksualnego A.D. 1492; opresyjność przesłuchujących ją duchownych jawi się jako opresyjność całego katolickiego kościoła, tak jak do kościoła, z jego chrześcijańskim umiłowaniem wstydu i umartwienia, przynależą tu sadomasochizm i impotencja wielkiego inkwizytora. I jeszcze ten piękny cytat: Boże, jeśli wysłuchujesz wiedźm...




sobota, 27 kwietnia 2019

Symptoms, reż. José Ramón Larraz (1974)

W tematycznym sąsiedztwie "Wstrętu" Polańskiego i "Obrazów" Altmana, o popadającej w szaleństwo, pogubionej seksualnie młodej kobiecie. Jest w tym też "Psychoza" Hitchcocka i piękny styl – zanurzony w lesie i jesieni film wygląda jak wzorzec dla "The Duke of Burgundy" Stricklanda; także coś z D.H. Lawrence'a jedyny ważny w fabule mężczyzna, choć antypatyczny i fizycznie nietrakcyjny, ma coś z bohatera "Kochanka Lady Chatterley", taką zwalistą, wiejską seksualną witalność – tyle że nie przyciąga nią, a odpycha bohaterkę, może zresztą odpycha, bo przyciąga, choć ostatecznie ważniejsze jest tu przeciąganie między kobietami. Są trzy: Helen, która przyjeżdża do wiejskiej posiadłości wraz ze swoją atrakcyjną przyjaciółką Anne, oraz pojawiająca się w fabule jedynie w retrospekcjach tudzież koszmarach Cora. Ta ostatnia obecna jest również jako osoba ze zdjęcia na stoliku - zdjęcia sprawiającego paranoiczne wrażenie jakiejś wszechobecności, jakby potrafiło się przemieszczać z miejsca w miejsce, obserwowało, przypominało, tyleż o wypieranej przeszłości, co o burzy, która nadejdzie.   














The Tale of Iya, reż. Tetsuichirô Tsuta (2013)

Obrazy natury, cyklu natury, poniekąd wypierają tu samą opowieść, w znaczeniu:  opowieść o ludziach, tzn. opowieść jest i jest ważna, jest nawet trochę sensacyjna (tak jak sensacyjna jest np. "Ballada o Narayamie", z którą ma film Tsuty sporo wspólnego), ale jest z boku, pomniejszona – przyrodą, czasem, tradycją, tajemnicą; tym, co większe, niezmienne, w przeciwieństwie do dynamicznie zmiennych w swej istocie ludzi z ich pragnieniami i dążeniami. Ostatecznie tym kluczowym, najważniejszym dążeniem okazuje się właśnie dążenie do niezmienności. Bohaterka, Haruko, mówi w jednej ze scen do swojego przybranego i zbliżającego się do śmierci dziadka (który jest bardziej jak drzewo niż jak człowiek), że chciałaby zostać z nim na zawsze. W poetyckim zakończeniu - gdy porządek mityczny wchłania ten ludzki już do końca, a drugi z bohaterów filmu, Kudo, niejako staje się kolejnym wcieleniem dziadka dziewczyny - Haruko rzeczywiście z nim na zawsze zostaje. W nowym-tym samym, nieustannie się odnawiającym naturalnym cyklu. To bardzo ładny film, niby niełatwy w swojej egzotyce, ale nie obcy, blisko 3-godzinny, minimalistyczny, ale minimalizmem, który kontempluje rzeczywistość, któremu nic nie ciąży, żadna nuda czy jałowość, przez co ogląda się całość bez zmęczenia, jakby się leżało w trawie. 
  






sobota, 13 kwietnia 2019

Asako I & II, reż. Ryûsuke Hamaguchi (2018)

Dość niezwykły film o tym, że człowiek w czasie nie jest pojedynczy i o konfrontacji "ja" wczorajszego z "ja" dzisiejszym, w tym wszystkim (tym samym) również o zdradzie, ale inaczej, trochę jakby zza kulis i jakby w tej zdradzie było coś z opętania. Wyłaniający się z przeszłości enigmatyczny Baku jest niemal jak duch przezroczysty, jak zjawa, za którą, jak zahipnotyzowana albo lunatyczka we śnie, podąża Asako. Przypomina to trochę drugą nowelę z "Nine Lives" Rodrigo Garcii (2005), której bohaterka, pod wpływem spotkania z dawną miłością, podobnie zaskoczona zdradza teraźniejszość i cofa się do siebie sprzed lat, tyle że u Garcii jesteśmy w chwili, w jednym ujęciu w duchu realistycznym, a u Hamaguchiego przeszłość przejmuje kontrolę (choćby tylko na chwilę) w sposób dosłowny - jak potraktowana wprost metafora - a przez to również niesamowity
 






piątek, 12 kwietnia 2019

Fleuve noir, reż. Erick Zonca (2018)

Neo-noirowy kryminał o śledztwie w sprawie zaginionego nastolatka, w gatunkowe szaty ubrany jakby tył-naprzód, dojmujący w temacie, ale i groteskowy, wykrzywiony w obrazie rzeczywistości i bohaterów. Grany przez Vincenta Cassela nadużywający alkoholu komisarz Visconti (!) wygląda, porusza się i zachowuje jak menel, jest zwierzęco wulgarny w swoich instynktownych reakcjach, chamski i samotny, życiowo przegrany, zawodowo zupełnie nieefektowny, groteskowy - jak postać, która mogłaby pojawić się w "Małym Quinquinie" Dumonta. Partnerujący mu Romain Duris w roli głównego podejrzanego, Yanna Bellaile, to osobliwe przeciwieństwo Viscontiego: natchniony, pretensjonalny intelektualista, pedagog z misją, literat-amator, angażujący się w śledztwo jak w pisaną powieść, całym sobą. W swojej piwniczce/pracowni trzyma portret Kafki, cytuje jego List do ojca, daje w prezencie Zamek, w czym jest jakiś dowcip (jak wtedy, gdy mówi o sobie frazą jakby wyjętą z tekstów egzystencjalistów - Pisanie to moje więzienie), ale też trop. Świat "Fleuve noir" to nie do końca normalny świat ukazany jako coś normalnego. A może odwrotnie, może w tym, co postrzegane jako normalne Zonca dostrzega to, co postrzegane jako nienormalne, szuka niewidzialnej granicy, wskazuje na jej iluzoryczność. Nieprzypadkowo, wydaje się, jedną z kluczowych osób dramatu jest tu chora na zespół Downa dziewczynka; czy na pewno mniej normalna od pozostałych bohaterów filmu? Od Bellaile wcielającego się w swoje wyobrażenie na temat zaginionego nastolatka, od Viscontiego liżącego zdjęcie byłej żony?  


sobota, 6 kwietnia 2019

Shadow, reż. Zhang Yimou (2018)

Podobnie jak w "Hero" (2002) i "Domu latających sztyletów" (2004) wrażenie, jakbym był w środku mitu. Bohaterowie tak samo ludzcy jak nadludzcy (i nieludzcy - dowódca zżerany raną niczym Gollum pierścieniem); świat przedstawiony jak z opowieści fantasy, niby daleko-daleko w przeszłość, ale raczej poza czasem. Do tego wyraźnie podkreślony rys spektaklu: postacie wplatają w dialogi kwestie relacjonujące przeszłe wydarzenia, kierując je jakby wprost do widza, komentują siebie trochę jak chór w antycznej tragedii. W ostatecznej konfrontacji fascynujący efekt zdziwienia i zagubienia, jaki dają zderzające się ze sobą intrygi. Trudno wskazać, w którym momencie kończy się intryga dowódcy, w którym zaczyna intryga króla; sekwencja kulminacyjna przynosi zaskoczenie co kilka chwil, co chwilę – perfidia graczy (czy wszystkich?) czyni z zakończenia coś na kształt nihilistycznego rewersu konfucjańskiego finału "Hero", ale nihilistycznego może nie do końca, z wahaniem, którym film zresztą się kończy. Jakby pod spodem, pod intrygami, toczyła się jeszcze jedna walka - nihilizmu (dowódcy i króla) z heroicznością (cienia), która jest przecież istotą filmów wuxia.