wtorek, 7 lipca 2020

The Night Digger, reż. Alastair Reid (1971)

Cały w jesiennych szarościach, jak przystało na brytyjski dreszczowiec, w którym na starcie jest starzenie się, uciekający czas i szanse na coś więcej, a na końcu melodramat na wietrzystym, stromym klifie. Bardzo hitchcockowy w znajdowaniu źródła skrzywienia i zagrożenia tuż obok, we własnym domu albo na podwórzu, ale efektowny inaczej, właściwie prowincjonalnie nieefektowny, pełen nie-młodości w obrazach twarzy i miejsc. Młody jest tu jedynie Norman Bates na motocyklu, zgwałcony kiedyś na polu przez grupę wulgarnych chłopek. I młode są jego ofiary, które pojawiają się na ekranie, jakby wyłącznie po to, aby mógł je wypatrzeć drapieżca. Na pierwszym planie jest grana przez Patricię Neal Maura – mieszkająca w za dużym domu i opiekująca niewidomą i niewdzięczną matką. Ta zła matka wydaje się początkowo wycięta z freakowego thrillera z późną Bette Davis albo Joan Crawford, choć ostatecznie jedynie wydaje. Jest śmieszna w swym skurczonym okrucieństwie jak własne odbicie w krzywym zwierciadle, ale przede wszystkim bezradna i słaba, zaś Neal poniekąd kontynuuje swoją przejmującą rolę z "Huda, syna farmera" Martina Ritta, podobnie smutna i desperacko samotna, podobnie coraz starsza.      









niedziela, 5 lipca 2020

The Looming Storm, reż. Yue Dong (2017)

Skąpana w błękitnych szarościach i strugach deszczu, a umiejscowiona w politycznie zbrodniczej przeszłości (w robotniczym miasteczku południowych Chin drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych) opowieść o pogoni za mordercą-widmem, którą porównałbym do koreańskiej Zagadki zbrodni. Z pewnością nie ja jeden, bo odwołania do arcydzieła Bonga ewidentne, choć całość własna w swojej lokalności i pomyśle na to, co najważniejsze. Bohaterem jest ochroniarz miejscowej huty, wierzący w sprawę przodownik pracy, który uwierzywszy również, że potrafi schwytać krążącego po okolicy gwałciciela i mordercę, obsesyjnie oddaje się jego tropieniu i mocą jakiegoś poznawczego błędu - niewidocznych a gigantycznych rozmiarów - przekracza granicę, staje się może równie potworny jak zło, za którym goni i system, w którym żyje. Wszystko więc ostatecznie miesza się ze sobą, zamienia w tą samą błotnistą masę pod sinym niebem; stracona przeszłość, stracone życie i trupie patrzenie w pustkę na koniec.








sobota, 4 lipca 2020

Zdjęcia Ivan Sen

Mystery Road (2013) i Goldstone (2016) w reżyserii wszechstronnie utalentowanego Ivana Sena, tu również scenarzysty, montażysty, kompozytora, operatora.

Jestem fanem tych szczególnych, powolnych, ale efektownych i bardzo obrazowych filmów. Są jak zrobione przez społecznie wrażliwego fotografa, jakby mimochodem kronikarskie, ale też poetyckie, ciche, zastygłe, co wydaje mi się bardzo aborygeńskie; z przestrzenią, której jest za dużo dla człowieka i postaciami sprawiającymi w kadrze wrażenie, jakby pozowały do zdjęcia, a przecież nie pozowały. Chwile zatrzymane w czasie. 

W Goldstone, w którym jest więcej realizacyjnego rozmachu i narracja jest bardziej refleksyjna, jest więcej koloru, osamotnionych obiektów i chyba też liryzmu. 

Mystery Road

 










Goldstone














poniedziałek, 29 czerwca 2020

Dzika Orchidea 2: Smutna opowieść o Blue, reż. Zalman King (1991)

Po raz pierwszy obejrzałem będąc młodym człowiekiem, na początku lat dziewięćdziesiątych, w słoneczną niedzielę, gdy rodzice wyjechali na cały dzień, a ja rowerem do miasta i wypożyczalni, po film lub filmy, które wolałem obejrzeć sam. Znałem już pierwszą Dziką orchideę (1989), która nie podobała mi się - ani wtedy, ani dziś, choć wtedy bardziej w erotycznych scenach. I niby wiedziałem czego się spodziewać, ale okazało się, że wcale nie, bo zaskoczyła mnie Blue swoim nastrojem jak z jazzowej ballady, czułością. Dziś to tak nazywam, wówczas tylko przyjmowałem i w następnych latach wypożyczyłem wielokrotnie (częściej chyba tylko Myszy i ludzi (1992) Gary'ego Sinise) i oglądałem - tak jak wtedy często oglądało się filmy - jakbym słuchał ulubionej kasety.                      

Na IMDb stoi ze średnią 4.0, co jest pewnie jednym z powodów, dla których mało kto dziś po Dziką Orchideę 2 sięga. Nie przeszkadza mi to, a trochę nawet przeciwnie. Blue jest bardziej moja, nie każdy zasłużył, a jednak szkoda świetnej roboty twórców i aktorów, serca, które włożyli, muzyki George'a S. Clintona, zdjęć Marca Reshovsky'ego.

Wyglądałoby to może inaczej, gdyby nie tytuł. Gdyby zostawić Blue Movie Blue (lub alternatywny Two Shades of Blue), a o Wild Orchid zapomnieć. Oba filmy, odległe od siebie o trzy światy, to przypadek trochę jak z Halloween 3: Season of a Witch (1982) Tommy'ego Lee Wallace'a, źle przyjętego, bo ktoś pozostał przy starym tytule, a zrobił nowe. Tyle że pierwsze filmy serii Halloween były udane, a pierwsza Dzika orchidea - chamski raczej i gwiazdorsko narcystyczny erotyk dla motocyklistów i prenumeratorów Playboya - zupełnie nie. Chociaż sprzedał się pewnie dobrze.  

Długo uważałem, że to czysto marketingowy chwyt, tytuł-magnes, który ma przyciągać tym, co głośne, a skoro erotyczne i głośne to również skandaliczne, ale wracając do Smutnej opowieści o Blue kilka dni temu pomyślałem, że ta orchidea, to trochę jak porównanie do chryzantemy w japońskich filmach - np. Mikio Naruse zrobił w 1954 Ostatnie chryzantemy o starzejących się gejszach (nie wiedziałem, widziałem inne chryzantemy, ale nie o gejszach), a Blue ze Smutnej opowieści, zamknięta w luksusowym burdelu, jest przecież na gejszę stylizowana. I może to jakiś trop, dalekie i może nawet przypadkowe pokrewieństwo z wrażliwym na los kobiet kinem Naruse czy Mizoguchiego, i może to nie tytuł drugiego filmu jest niewłaściwy, ale pierwszego. 

Jakby nie było, po latach wciąż zadziwia mnie swoim wyczuciem i delikatnością. I że to właściwie baśń, tyle że zakamuflowana, w strukturze, chociaż świat przedstawiony też nie jest do końca realny, niby koniec lat pięćdziesiątych i zgadzają się samochody, ale szczegóły już niekoniecznie i unosi się nad całością aura filmowej fantazji, jakby cała obrazowana rzeczywistość była po prostu kinem, świadomą siebie kreacją, baśnią, która ponieważ jest baśnią o niewinności nie do złamania, ma prawo zakończyć się dobrze.

Jest bardzo muzyczny, zwłaszcza w pierwszej części z Tomem Skerrittem w roli ojca, jazzowego muzyka w drodze od miasta do miasta, od klubu do klubu, w towarzystwie córki, jednak melancholijna jazzowa nuta obecna jest do końca i nie tylko w dźwięku, ale i w obrazie i w ciszy - właściwie wszystkie ważne postacie sprawiają wrażenie uwięzionych we własnych światach, w geście - delikatnym dotyku, którym budzi Blue najpierw ojciec, później wchodzący w jego rolę - i grający ją lepiej - Sully, kierowca i ochroniarz w domu publicznym, czuły, milczący twardziel w kowbojskim kapeluszu i z przeoraną doświadczeniem twarzą Roberta Davi, tego vhs-owego motherfuckera, który nigdy nie był tak wzruszający.         

Baśń jest w miłości od pierwszego wejrzenia, tej rodziców Blue, o której opowiada jej ojciec i tej, której sama doświadcza, gdy w podróży poznaje przelotnie nastoletniego Joshuę. Kiedy w drugiej części filmu królewicz i prawiczek Joshua, ciągnięty przez złego króla, trafia do domu publicznego, w którym uwięziona jest Blue i wybiera ją, ale nie rozpoznaje, to jest to jak Kopciuszek w krzywym zwierciadle, na smutno. I jeszcze grana przez Wendy Hughes burdelmama - zła macocha, która pierwszego dnia służby Blue każe jej włożyć czerwone pantofelki. 

Przejmująca i bliska jak przyjaciółka jest Nina Siemaszko w roli tytułowej. Dużo mniej jak Carre Otis z pierwszej Dzikiej orchidei, a dużo bardziej jak dziewczyna ze szkolnego korytarza, zamknięta w sobie, bo z bagażem doświadczeń. I chociaż opowieść o jej bohaterce, to też opowieść o seksualnej inicjacji, kamera nigdy nie ślini się jej widok, nagości jest niewiele, a gdy już, to jest skromna i wstydliwa, z intymną granicą, z której istnienia Zalman King dobrze zdaje sobie sprawę i nigdy nie przekracza.