Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anthony Hickox. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anthony Hickox. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lutego 2019

Warlock: The Armageddon, reż. Anthony Hickox (1993)

W wyreżyserowanym przez Steve'a Minera pierwszym "Warlocku" (1989), czarnoksiężnik pojawiał się w Los Angeles lat 80. przenosząc się w czasie. U Hickoxa trafia do współczesności jako płód: rodzi się z ciała chwilę wcześniej jeszcze nie ciężarnej kobiety, w scenie przywodzącej na myśl narodziny obcego w "Xtro" Harry'ego Bromleya Davenporta (1982) i Franka w "Hellraiserze" Clive'a Barkera (1987). Oba "Warlocki" splatają fantasy z horrorem, ale o ile pierwszy - garściami czerpiący z fabuły "Terminatora" - był w tym raczej poczciwy, o tyle Hickox podkręca jedno i drugie. Jego film jest bardziej horrorem i bardziej baśnią, przede wszystkim jednak jest popisowy i cyrkowy. W swojej podróży śladem magicznych kamieni mających pomóc mu sprowadzić na ziemię szatana, czarnoksiężnik trafia zresztą do cyrku, co wydaje się równie znaczące jak fakt, że trafia też na pokaz mody, gdzie na wybiegu uznany zostaje za część przedstawienia. Warlock jest u Hickoxa diabelskim showmanem, barokowym kuglarzem, który zamienia swoją ofiarę w kubistyczną rzeźbę, a kolejnej jednym machnięciem ręki zdziera z głowy skalp niby perukę. Z drugiej strony, bliższej mitu i romantycznej baśni, jego nastoletni przeciwnicy, ostatni potomkowie druidów, są trochę jak z "Romea i Julii" a trochę jak z "Gwiezdnych wojen". VHS-owy recykling pełną parą (jest też western). Hickox niekoniecznie jest wirtuozem reżyserii. Strukturalnie film jest nierówny, jakby pocięty, zwłaszcza bliżej zakończenia. Ale jego B-klasowe serce bije czysto i kreatywnie; czuć w nim kinofilską energię, przyjemność płynącą z opowiadania znanej historii, jakiej jeszcze nie widzieliście.











piątek, 8 lutego 2019

Hellraiser III: Hell on Earth, reż. Anthony Hickox (1992)

Wróciłem z przyjemnością. Jasne, nie aż tak dobry jak poprzednicy, ton trochę inny – mniej ciała i masochistycznych perwersji niż u Barkera, mniej też baśniowości udanie podkręconej w wyreżyserowanym przez Tony'ego Randela drugim filmie serii, ale Anthony Hickox, w pierwszych latach swojej reżyserskiej aktywności, też potrafił. Jego "Hellraiser" jest jak jego Pinhead - bardziej kuglarski. W poprzednich filmach, gdy był na drugim planie, Pinhead epatował mrocznym dostojeństwem. Był jak surowy król. Pojawiał się, nie dyskutował, wymierzał karę. Tym razem gra pierwsze złe skrzypce i jest zaskakująco wygadany, a w swoich działaniach skory do upiornych żartów, co zbliża go do błaznującego Freddiego Krugera. Poniekąd również do tytułowego bohatera kolejnego, zarazem najlepszego filmu Hickoxa - "Warlock: The Armageddon" (1993). Jak w "Koszmarach..." i drugim "Warlocku", sporo w "Hell on Earth" sadystycznej kreatywności na granicy surrealizmu czy już nawet poza nią. Sporo też niezłego stylu, dobrze grana przez Terry Farrell budząca sympatię bohaterka, więcej miasta niż poprzednio, nowa dekada i sny zamiast piekielnych labiryntów, w czym także znać inspiracje serią z ulicy Wiązów. VHS-owe lata 90 na poziomie.