Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hitchcock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hitchcock. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 stycznia 2013

Hitchcock, reż. Sacha Gervasi (2012)


"Hitchcock", chociaż wart zobaczenia, nie jest niestety udanym filmem. Jest zbyt poprawny, zachowawczy, i zwłaszcza w swoich początkowych i finałowych partiach sprawia wrażenie, jakby jego scenariusz powstawał na podstawie anegdot o wybitnym reżyserze/sympatycznym indywiduum, bądź jakby pisany był tak, aby wpleść tam tych anegdot jak najwięcej. W środkowej części jest ciekawszy, choć jest to zasługa raczej tego, o czym próbuje się w niej opowiadać, niż jak się to robi. W swoim rozgrywającym się w 1960 r. filmie - w okresie realizacji przez Hitchcocka "Psychozy" - twórcy powierzchownie, ale jednak szukają w nim tych miejsc, które mogłyby "tłumaczyć" jego kino. Zahaczają o temat jego obsesji, "niezdrowych" fascynacji, o pewną autorytarność. Na plan pierwszy zaś wysuwa się przedstawiona jako kryzysowa w tamtym okresie relacja Hitchcocka z jego żoną i stałą współpracowniczką - Almą Reville. Czyli właściwie to wszystko, co obecne było również w "The Girl". Tyle że o ile w filmie Jarrolda demonizowało się reżysera, tu uderza się w drugą skrajność - upupia się go. Jak i całą resztę świata przedstawionego, ostatecznie nie różniącego się szczególnie od podkolorowanych celuloidowych rzeczywistości, w których bezkompromisowy artystyczny geniusz zostaje w finale nagrodzony sukcesem, w jaki nikt wcześniej nie wierzył, a miłość bohaterów pokonuje kolejną przeszkodę. Błysk fleszy, koniec.

Paradoksalnie jednak, w zestawieniu tych dwóch filmów "The Girl" nie tylko jest tym lepszym, ale też "Hitchcocka" ogląda się jak dobry, bardzo przewrotny prolog do "The Girl"; w czym pomocny okazuje się być choćby fakt, że akcja "Hitchcocka" rozgrywa się na krótko przed akcją filmu Jarrolda (w zakończeniu nawet pojawia się zapowiedź "Ptaków"). Ważniejsze, że w jego nierównościach, w ledwo liźniętych dwuznacznych, problematycznych wątkach i w bijącym z całości gwiazdorskim splendorku, jest pewien, nazwijmy to, "miły fałsz" - charakterystyczny dla dużych, hollywoodzkich, biograficznych produkcji - który w "The Girl" zostaje rozbity (obnażony) niemal na starcie, już tylko dlatego, że tam twórcy zdecydowali się na bardziej bezkompromisowe podejście. Być może na fałsz niemiły. Nie wiem. W każdym razie lepszy niekoniecznie znaczy w tym przypadku bliższy "prawdy"; film Jarrolda ma po prostu dużo więcej charakteru.

piątek, 4 stycznia 2013

The Girl, reż. Julian Jarrold (2012)


Hitchcock w "The Girl" to wybitny reżyser i niespełniony w życiu osobistym - także za sprawą swej cielesności - frustrat, wykorzystujący swą władzę reżyserski wirtuoz, mistrz suspensu, ofiara i oblech, który budzi po trosze fascynację, niechęć i litość. Wszystko tylko nie sympatię. 

Toby Jones gra go niemal jak psychopatę z dreszczowca, którego psychoza jest do pewnego stopnia - ale i w kluczowym aspekcie - rezultatem skrzywienia zawodowego, filmowego spojrzenia: fetyszystycznego, uprzedmiotowiającego i/więc seksistowskiego. W ukazanej w filmie Jarrolda relacji Hitchcocka z Tippi Hedren (w którą znakomicie wciela się Sienna Miller), za jego sprawą niezdrowej, niezręcznej, pełnej emocjonalnej napaści (agresji), wydaje się mu chodzić już nie tylko o to, aby posiąść seksualnie dziewczynę, co nią zawładnąć - właśnie uprzedmiotowić. Jako blondynkę, albo brunetkę, jako seksualnie dostępny "obiekt pożądania", który na ekranie zawsze pozostaje obiektem niedostępnym. Co - od trochę innej strony - może być też postrzegane jako substytut cielesnego zdominowania, jeszcze możliwa dla reżysera jego forma, jeśli przyjąć za fakt podkreślaną tu impotencję Hitchcocka.

Film zresztą (w znaczeniu ogólnym), z którym związana jest władza reżysera, jego realizacja, plan zdjęciowy - do "Ptaków", a następnie "Marnie" - staje się tym miejscem, w którym i poprzez który próbuje on zdominować Hedren: uwieść, ukorzyć, upokorzyć, a również, także dosłownie, obnażyć. 

Ponieważ, co kontrowersyjne, łączy się tu "perwersyjny" charakter kina Hitchcocka z jego własnym charakterem, obsesyjność bohatera, jak i - poniekąd - całego obrazu Jarrolda, opowiadanego jak psychologiczny thriller jest wyraźnym nawiązaniem do twórczości Hitchcocka w ogóle. Odpowiednio do czego, jak przystało na film gatunkowy "The Girl" jest obrazem mocno zagęszczonym, może zbyt zagęszczonym jak na film jednocześnie biograficzny. Właściwie całą relację Hitchcocka z Hedren ogranicza do tego, co było (albo mogło być) w niej najcięższe, co oczywiście niesie za sobą posmak pewnej manipulacji i odbija się kilkakrotnie na dramaturgicznej wiarygodności. 

Patrząc pod kątem jego kontrowersyjności - a jest to film kontrowersyjny i budzi sporo niechęci wśród licznych fanów reżysera - Hitchcock jako niespełniony seksualnie freak napastujący swoją aktorkę (a nawet sprośne wierszyki, które jej co rusz recytuje brzmią tu jak forma seksualnej napaści) to pół biedy. Jakkolwiek to brzmi. Odpycha, ale tak długo jak wydaje się być nieprzenikniony (a Toby Jones jest odpowiednim aktorem, aby wygrywać nieprzeniknioność czymkolwiek ona jest), może również do jakiegoś stopnia fascynować. Gdy jednak z Hitcha przemienia się w Alfiego, staje się samotnym i sfrustrowanym, otyłym przez co nieatrakcyjnym nieszczęśnikiem, użalającym się do kieliszka nad sobą, i budzi litość przemieszaną z żałością, to zaczynają się problemy. Mimo że (albo dlatego że) w tym drugim przypadku jego portret wydaje się być dalece mniej "zmanipulowany" (bardziej ludzki) niż w pierwszym. 

Nie jest to doskonały film, ma wady, jest czasem powierzchowny, czasem nie dość subtelny, ale spodobał mi się. Jest skandaliczny, ale nie w ten charakterystyczny dla brukowych pism populistyczny sposób. Na to jest zwyczajnie zbyt odważny, zbyt pod prąd oczekiwaniom. Atrakcyjne erotyczne napięcie popularnego hollywoodzkiego kina (takiego jak "Zawrót głowy", detronizującego ostatnio "Obywatela Kane'a" na listach najlepszych filmów wszechczasów) dosadnie łączy z dalece mniej przyjemną, mniej atrakcyjną seksualną frustracją i wszechobecnym, bo modnym, seksizmem swoich czasów. 

(w tym ostatnim względzie "The Girl" przypomina mi nieco serial "Mad Men", i chociaż to marginesowa, mocno subiektywna, i w sumie niezbyt istotna uwaga, wydaje mi się, że w swojej podstawie film Jarrolda mógł być nim zainspirowany, w sposób przypadkowy lub nie).