"White Lightnin" Dominica Murphy'ego. O czym informuje napis na początku: film zainspirowany prawdziwą historią. Jesco White’a – stepującego tancerza wywodzącego się ze środowiska biedoty w "dzikiej" amerykańskiej Wirginii Zachodniej, ale też chorego psychicznie narkomana i kryminalisty, popadającego z czasem w coraz większy obłęd.
Kolejny film z tej półki to "Synu mój, synu cóżeś ty uczynił?" Herzoga. Nieco odmienny od powyższych. Z jeszcze większym stężeniem absurdu, nonsensu, jakiejś nierealności, ale również rzecz zainspirowana prawdziwą historią - tym razem mężczyzny, który zabił swoją matkę. Film Herzoga poznawałem z zaciekawieniem, irytacją, rozbawieniem, znużeniem. Z mieszanymi odczuciami innymi słowy, ale raczej bez większego niepokoju po drodze. Coś z tego ostatniego pojawiło się dopiero kilka dni po seansie, gdy w jednej z recenzji przeczytałem, że oglądając go miałem w istocie do czynienia z "radosnym absurdem" i "przednią" zabawą. Fakt, też się kilka razy zaśmiałem, mam jednak szczerą nadzieję, że to jednak nie o radość chodziło w tym przypadku reżyserowi.
W kinie głównego nurtu przynajmniej wciąż istnieje, wciąż niedoceniany, jasno określony podział na to, co dobre, a co nie. Wartości mogą być banalne, tym bardziej wyrażający je bohaterowie, ale jakie by nie były - nie znoszą się wzajemnie. Tak jak znoszą się w każdym z trzech wcześniej wspomnianych filmów. Przemoc jest przewodnim tematem każdego z nich, jednak nawet razem wzięta, podsumowana, nie ma w sobie tak dużej, odpychającej siły rażenia jak te kilka minut z "The Killer Inside Me". Podobnie rzecz się ma z zadającymi przemoc bohaterami tych filmów. A przecież Winterbottom jako jedyny w tym gronie nie inspiruje się prawdziwą historią. Stąd pojawiają się wątpliwości, czy te nowoczesne, nieszablonowe kino mające być w zamierzeniu krokiem naprzód, nie wykonuje przypadkiem czegoś w rodzaju fikołka. Do tyłu.
Być może brzmię teraz moralizatorsko. Trochę się boję, że mogę brzmieć. Być może każdy ze wspomnianych wyżej twórców na swój sposób próbuje, jak Winterbottom, obnażyć przemoc na której kino żeruje, tudzież np. opisać taką a nie inną, ale zepsutą, złą, niemoralną współczesność. Oczywiście upraszczam te filmy wrzucając je do jednego kosza i przyjmując dla wszystkich tą samą krytyczną postawę. W "Bronsonie" niewątpliwa jest i ironia i samoświadomość twórcy: bohater w swojej przestępczej karierze dąży do sławy, uwielbienia tłumu na podobieństwo filmowych gwiazd. W "White Lightnin" niemoralność znosić może współczucie dla pogrążonego w szaleństwie, skrzywdzonego bohatera. Z kolei u Herzoga rozmiary absurdu być może rzeczywiście są tak duże, że nie ma nic niewłaściwego w uznaniu całości za radosną zabawę. I tak dalej. Ale wątpliwości pozostają.
I na koniec jeszcze jeden tytuł. Ostatni film wspominanego Refna, zrealizowana po "Bronsonie" – "Valhalla Rising". Też postmodernistycznie. Artystyczna rzeźnia z wikingami i chrześcijańskimi misjonarzami trafiającymi do Ameryki (znowu), gdzie stopniowo tracą i zmysły i życie. Ale rzeźnia tylko do czasu. Całość kończy scena ofiary jaką składu tu z siebie barbarzyńca będący głównym bohaterem filmu. Scena piękna, bo zaskakująco nieefektowna. We wspomnianym wcześniej najbrutalniejszym momencie "The Killer Inside Me" Winterbottom uderzał w widza przyzwyczajonego do atrakcyjnej przemocy pokazując jak daleka od atrakcyjności jest ona w swojej istocie. W zakończeniu "Valhalli..." Refn postępuje odwrotnie, ale paradoksalnie – również uderza. Rezygnując z przemocy nieoczekiwanie odbiera oglądającemu satysfakcję z finałowej jatki, na którą ten liczył. I pozostawia go z uczuciem niedobrego niedosytu. Im więcej o tym myślę, tym bardziej lubię ten film.