Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul Verhoeven. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul Verhoeven. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 marca 2013

Keetje Tippel, reż. Paul Verhoeven (1975)


Twórczość Paula Verhoevena w wyraźny sposób dzieli się na dwie części. Filmy wczesne, powstałe w Holandii, i późniejsze, szerzej znane, realizowane w Stanach. Dla tych drugich, na ogół wpisujących się w ramy kina gatunkowego, właściwy jest pewien nadmiar. Wyolbrzymienie środków wyrazu, często prowokacyjne, z dużą ilością podtekstu, dwuznaczności i na granicy kiczu lub już za nią. Przy czym mowa oczywiście o kiczu w pełni świadomym, mniej lub bardziej wyrafinowanym. Najbardziej charakterystyczne, i wymowne, są pod tym względem "Showgirls" i "Żołnierze kosmosu", ale podobnie rozumiana filmowa perwersyjność to w twórczości Verhoevena - i to w niekoniecznie dużo mniejszym stopniu - również obrazy takie jak "Ciało i krew", "Nagi instynkt" i "RoboCop", najlepsze z tego etapu jego kariery.

W swoich wczesnych, holenderskich filmach jest jednocześnie podobny i bardzo różny. Podobny, ponieważ także jest bardzo dosadny, ale w o tyle odmienny sposób, że tak jak później tworzywem będzie dla niego kino (gatunkowe, hollywoodzkie), jego najpopularniejsze konwencje i schematy, tak tu jest nim, szeroko rozumiana, realność. Wczesny Verhoeven jest pełen naturalizmu. Jest bardzo dosłowny w obrazowaniu, tak cielesności, seksualności czy śmierci, jak po prostu świata przedstawionego, w którym żyją jego bohaterowie - rzeczywistości chaotycznej, pełnej brudu, smrodu i wulgarności, co jednak nie znaczy, że z powodu tych przymiotów definiowanej w jednoznacznie pesymistycznych barwach. Na to jest on reżyserem zbyt przekornym i osobnym. A również, na swój szczególny sposób, rubasznym.  

"Keetje Tippel" to wręcz wzorcowy przykład filmu z pierwszego okresu jego twórczości. Powstały w oparciu o pamiętniki holenderskiej pisarki Neel Doff, opowiada o młodej dziewczynie z biednej robotniczej rodziny, wchodzącej w dorosłość w czasach powszechnej nędzy niższych klas społecznych w Amsterdamie końca XIX wieku. Nędza jest tu słowem kluczowym. Wypełniające film jej kolejne obrazy, wychodząc na przeciw zamiłowaniu reżysera do naturalistycznej stylistyki, pozwalają posunąć mu się wyjątkowo daleko w tym kierunku, a tym samym wybrzmieć jego talentowi do niecodziennego obrazowania; przewrotnego, kontrowersyjnego, ironicznego, jednocześnie wulgarnego i wyrafinowanego. 

Tu, w całości wygrywanego na silnych kontrastach. I tak na przykład, zestawiając Keetje z jej siostrą, Verhoeven zderza ze sobą dwie sceny; w pierwszej z nich bohaterka czyta powieść Juliusza Verne'a, w drugiej, jej siostra podciera się kartkami wyrwanymi z tej książki. W szpitalu do którego trafia chora Keetje, agonia jednej z pacjentek zderzona zostaje z - mającą swe miejsce w tym samym pomieszczeniu - radosną zabawą i śpiewami jej towarzyszek. Prowadzące ów szpital zakonnice karcą chore za każdy przejaw nagości, ale nie dostrzegają lekarza molestującego pacjentki podczas rutynowych badań, zaś wzrok (głodnej) matki zmuszającej córkę do prostytucji, kieruje się najpierw na okno pokoju, w którym sprzedaje się jej dziecko, potem na mięso na wystawie w sklepie rzeźniczym, obok którego stoi. 

Na pewnym poziomie podobne chwyty [nie zdradziłem tych najważniejszych, nie chcę psuć niespodzianki, sam dosłownie oniemiałem w kilku scenach] są oczywiście bardzo proste, ale właśnie z tej prostoty, niejednokrotnie wręcz prostackości, Verhoeven czyni siłę swojego znakomicie zrealizowanego filmu. 

To kino mocne, drastyczne, miejscami tak bezpruderyjne, że aż plugawe, a jednocześnie, w ostatecznym wydźwięku nie zmierzające w kierunku wstrząsającej, naturalistycznej opowieści o biedzie i złych ludziach w złych czasach. Niejako na przekór, wręcz odwrotnie. Podobnie jak inne holenderskie, kontrowersyjne przez na swą dosłowność filmy Verhoevena - jak "Tureckie owoce" czy "Spetters" - "Keetje Tippel" to kino pełne witalności i energii. W tym przypadku, w ślad za swoją bohaterką, również bardzo afirmacyjne: młodzieńczo ciekawe życia i świata, czego jego przedstawiona brzydota nie znosi, ale pozostając nieukryta i wszechobecna paradoksalnie jeszcze wzmacnia. Bardzo piękne kino.

poniedziałek, 2 maja 2011

Ciało i krew, reż. Paul Verhoeven (1985)


1501 rok. Dowodzona przez charyzmatycznego Martina grupa najemnych żołnierzy, oszukana przez swojego niedawnego pracodawcę szlachcica Arnolfiniego, podczas napadu jego świtę przypadkowo porywa młodą narzeczoną syna Arnolfiniego - Stevena, Agnes…
Pierwszy film, który Paul Verhoeven zrealizował w Stanach, a przy tym jeden z jego najlepszych. Oglądany dziś nadal robi wrażenie bezkompromisowością – a w końcowym rezultacie również świeżością – z jaką reżyser podszedł do wybranego tematu. "Ciało i krew" mimo ćwierćwiecza na karku to wciąż jeden z wcale nielicznych (dużych) hollywoodzkich filmów, w których tak zdecydowanie odchodzi się od powieściowo-romantycznej, atrakcyjnej wizji średniowiecza. Jest naturalistycznie i dosadnie, z dużą ilością seksu, zgnilizny, brudu, prymitywizmu, zabobonów, nierówności i niemoralności.
Powyższe sprawia, że o filmie nie do końca trafnie pisze się często, jako o próbie realistycznego sportretowania wieków średnich. Co robi dużą różnicę - w "Ciele i krwi" króluje raczej naturalizm niż jakkolwiek rozumiany realizm. Przy czym nie stanowi on tu celu samego w sobie, ale jest środkiem na ożywienie i zdynamizowanie mocno tradycyjnej u swojego punktu wyjścia awanturniczo-przygodowej historii, a już szczególnie jej bohaterów, którzy wpisując się w pewne archetypy okazują się ostatecznie wystarczająco barwni i niegrzeczni, aby poza nie wyjść.


Podczas pierwszego spotkania Stevena i Agnes oboje są jak klasyczny rycerz i klasyczna księżniczka (poniekąd zresztą są tacy do końca). Ale spotkanie ma miejsce pod drzewem na gałęziach którego dyndają zwłoki dwóch wisielców, a rozmowa o rosnących poniżej korzeniach mandragory dotyczy tak domniemanych afrodyzjakowych właściwości rośliny, jak jej pochodzenia (w średniowieczu wierzono, że mandragora powstaje z nasienia powieszonego). Romantyczna wymiana zdań kończy się pocałunkiem bohaterów, sfilmowanym z odległości wystarczająco dalekiej, aby w kadrze nie zabrakło również rozkładających się zwłok wisielców.
Mimo że wspomniana scena ma swoje miejsce dopiero w okolicach trzydziestej minuty - jest bardzo dobrym wstępem do właściwej akcji filmu, i wszystkiego co rozegra się niedługo później, gdy to, co czyste i to, co nieczyste nie zostaje od siebie rozdzielone, ale wplecione w jeden bezpruderyjny porządek, w którym każde z trojga bohaterów cechować będzie wcale nieodległa od siebie dwuznaczność.
Ta ostatnia może najsilniej uderza w przypadku dziewczyny, znakomicie zagranej przez młodziutką Jennifer Jason Jeigh. Agnes jest w tym samym stopniu niewinna co lubieżna, jest jednocześnie suką i księżniczką rozdartą w swoich uczuciach między Stevenem a Martinem o których zresztą powie w którymś momencie, że są jak ta sama osoba – tyle że młodsza i starsza. Pojedynek o niewiastę, jak w klasycznym romansie, stanowi w "Ciele i krwi" istotę akcji. W samym pojedynku jednak, kluczowa nie będzie walka dobra ze złem, ale coraz większe podobieństwo bohaterów, zbliżanie się tego 'dobrego' do tego 'złego'. W bardziej tradycyjnie opowiedzianej historii byłoby to pesymistyczne - Steven stawałby się zły. W "Ciele i krwi"– w średniowiecznym burdelu stanowiącym tło akcji – jedynie nabiera charakteru, staje się mężczyzną. I nie tylko nie traci przy tym nic z sympatii, którą wzbudza, ale jeszcze jej zyskuje.

Gdy kompani Martina po zajęciu przypadkowej twierdzy i wymordowaniu jej właścicieli w zwulgaryzowany sposób przyjmują role niedawnych, szlachetnie urodzonych gospodarzy – kolejne obrazujące to sceny niedwuznacznie przywodzą na myśl średniowieczny karnawał, w którym podobne odwrócenie ról było sednem zabawy. Ale w pojęciu karnawału kryje się być może klucz do całego filmu. "Ciało i krew" ogląda się trochę jak opowiadany przez bezpruderyjnego gawędziarza średniowieczny romans dla dorosłych: jednakowo niemoralny i pełen wdzięku, bez rozgraniczeń między tym, co wysokie a co niskie, wulgarne i wyrafinowane.