Jest jeszcze lepszy niż zapamiętałem. Jest wybitny. Lumet wraz z autorem scenariusza, Davidem Mametem, w pierwszej kolejności nie tyle portretują typową dla poważnie zaangażowanego kina prawniczego sytuację, w myśl której niedoskonałość prawa i instytucji stworzonych do jego egzekwowania, prowadzi do szeroko rozumianej niesprawiedliwości, co - przesuwając punkt ciężkości - pokazują z bardzo bliska, niemal intymnie, jak psychicznie niszczy ona jednostkę. Grany przez Paula Newmana, nieustannie roztrzęsiony (anty)bohater, aż żałosny w swoich słabościach i lękach, pogardzany z czasem nawet przez własnych klientów, to chyba jedyny w gatunku tak bardzo i tak niepatetycznie złamany przez system, przegrany prawnik. Sposób w jaki napisana i zagrana jest jego postać, do końca ma tutaj znacznie więcej wspólnego z przedstawianiem ofiar gwałtu/fizycznej przemocy, przez doświadczenie i pamięć traumy nieradzących sobie z życiem, niż z romantycznym typem upadłego bohatera, najpierw pijącego a potem podnoszącego się w imię sprawiedliwości. W porównaniu z odwagą i intensywnością z jaką gra Newman a kamera to pokazuje, cała czysto prawnicza (kryminalna) warstwa "Werdyktu" wydaje się być drugoplanowa, niemal pretekstowa, choć taka oczywiście nie jest. Ale też w tym tkwi siła filmu. Jednocześnie cierpkiego w przedstawianiu przeżartej hipokryzją rzeczywistości, i pięknego w swoim niecodziennym idealizmie - wskazującym na ścisłą zależność między etyką samą w sobie a psychofizyczną kondycją bohatera. Gdy w jednej z późniejszych scen, bodaj najmocniejszej w filmie, w rozmowie z niechętnym składaniu zeznań świadkiem, mówi on: "Pomóż mi", to nie brzmi to jak prośba o pomoc w wygraniu sprawy, ale o pomoc w ocaleniu siebie - swojego człowieczeństwa.
***
Mamet-scenarzysta w formie:
Stronniczy sędzia do Newmana: Jaka kwota zadowoliła by pana i pańską klientkę by wyjść i zapomnieć o sprawie?
Newman: Moja klientka nie może chodzić.
