"Twentynine Palms" widziałem w lutym 2005 roku. W domu. Nie pamiętam, co sprawiło, że po ten film sięgnąłem. Na pewno nie osoba reżysera, o którym nie miałem wówczas pojęcia. Może plakat, może nic - przypadek, a może jednak obiło mi się gdzieś o uszy (oczy), że to film mocno kontrowersyjny i to skusiło. W każdym razie zasiadając do seansu nie bardzo wiedziałem czego się spodziewać, stąd pewnie tym większym zaskoczeniem okazał się on ostatecznie. Do dziś jest jedynym znanym mi filmem, do którego wciąż boję się wrócić, a który uważam jednocześnie za wybitny.
Dwoje bohaterów, David i Katia, podróżują przez kalifornijskie pustkowia. Dużo jadą, trochę rozmawiają, kłócą się, uprawiają seks – ukazywany bardzo często, w sposób, któremu zdecydowanie bliżej do określenia kopulacja niż miłosne zbliżenie. Są parą, więc niby jest między nimi bliskość, ale to mocno niedoskonałe porozumienie. Częste kłótnie długo wydają się być winą dziewczyny, na przemian czułej i irytującej, "trudnej", choć z czasem okaże się, że trudnej, bo skrzywdzonej, uciekającej przed pamięcią czegoś złego, co musiało przytrafić się jej wcześniej. Zostanie to wyjaśnione, ale nie wprost: akt przemocy, który spotka bohaterów będzie tego czegoś powtórzeniem. Tyle że teraz ofiarą nie będzie dziewczyna, ale jej partner, co w konsekwencji doprowadzi do szokującego finału, który każe spojrzeć inaczej na wszystko, co pokazane uprzednio. Dostrzec zapowiedź zła we wcześniejszych postawach i trywialnych dialogach. Ale też w stanowiącej tło podróży bohaterów pustyni; przytłaczającej, a w jakimś sensie nawet pochłaniającej ich, jak w niezwykłej scenie ze zdjęcia powyżej, gdy nadzy, opalający się na skałach David i Katia niemal sprawiają wrażenie, jakby byli tych skał częścią.
Mimo że "Twentynine Palms" nie ma nic wspólnego z kinem gatunkowym, właściwie za sprawą jednej tylko sceny (i wszystkiego, co niesie ona za sobą) klasyfikowany bywa jako horror. Sam Dumont nazywa swój film horrorem eksperymentalnym. Co może zawsze było dla mnie oczywiste - choćby podświadomie, bo niekoniecznie trzeba się nad tym zastanawiać - filmowa (i powieściowa) groza służyła do oswajania strachu, przetrawiania, ale bynajmniej nie do przekonywania, że zło jest realne. Film Dumonta wychodził poza ten niewidzialny, fabularny nawias, niczego nie oswajał. Nie był pierwszym z tej półki, jaki widziałem, ale był pierwszym z tej półki tak przekonującym. Był jak conradowska podróż do jądra ciemności, ale nie pisana piękną prozą. W nagiej wersji. Ze złem, które nie filozofuje na swój temat, a po prostu jest, pierwotne i zdecydowanie bliższe niż afrykańska dżungla czy kalifornijska pustynia.
Po obejrzeniu filmu, w nocy, długo słuchałem "Self-Help Serenade" debiutanckiej (i zdaje się jedynej) płyty amerykańskiego indie-rockowego zespołu Marjorie Fair, bardzo... przyjemnej, ładnej - co było moim dojrzałym odpowiednikiem schowania się pod kołdrę. A czego jedyny rezultat jest taki, że wracając do tej - już niekoniecznie ładnej - płyty, do dziś słyszę w niej przede wszystkim film Dumonta i niepokój po jego obejrzeniu. A przed oczami stają obrazy amerykańskiej pustyni, jakiś przydrożny hotel, i Katia, tak niesprawiedliwie, powierzchownie oceniona w pierwszej chwili.
Po jakimś czasie – nie od razu – przekonałem się, że "Twentynine Palms" jest jednym z tych filmów, których bardzo się nie lubi. O których jeśli już pisze się/mówi to często w stylu, że reżyser beztalencie, manipulator, że "szokowanie na siłę". I że poza tym to nic się nie dzieje. W lipcu tego samego roku pojechałem na moje pierwsze Nowe Horyzonty, ostatnie odbywające się w Cieszynie. W repertuarze było sporo, z różnych względów "szokujących" filmów ("Dziura w sercu" Lukasa Moodyssona, "Wielka ekstaza Roberta Carmichaela" Thomasa Clay'a, "Kapryśna chmura” Tsai Ming Linga, "Kalwaria" Fabrice'a Du Welza...), i narzekanie na zbyt ekstremalne kino słyszało się wówczas wśród widowni nawet częściej niż standardowe, coroczne narzekanie na kino nudy. Czasem prowadziło to do aż zabawnej przesady: pamiętam dużą grupę widzów, która wyszła z "Los Muertos" Linsandra Alonso, po tym jak bohater filmu - żyjący w prymitywnych warunkach gdzieś w Argentyńskim buszu – zabił kozę.
Przed rozpoczęciem któregoś z seansów podsłuchałem, jak jeden z widzów z rządku obok opowiadał swojemu znajomemu "Twentynine Palms" (które pokazywane było w nowohoryzontowym konkursie rok wcześniej). Opowiadał właśnie jako ten zły, nic nie mający do zaoferowania film, które swoje nic maskuje finałową drastycznością. Pamiętam, że był irytujący i że użył zwrotu "psychologia dla mas". Mimo to, gdy przeszedł do zakończenia - zapominając o swoim wcześniejszym, drwiącym tonie – zupełnie poważnie powiedział, że po raz pierwszy w życiu oglądając jakiś film, miał wrażenie, że zobaczył w nim diabła.