środa, 25 marca 2015

mini-recenzje (8)

"Jack Be Nimble" Gartha Maxwella z 1993. Nowozelandzki horror, który jest również baśnią. Nie za sprawą wplecionych w fabułę nawiązań do baśniowych konwencji, ale bardziej organicznie - jakby korzeniami tkwił w tym samym miejscu, ale bujnie wyrastał w innym. Bohaterami są brat i siostra, Jack i Dora, porzuceni w dzieciństwie przez matkę, potem ojca, oddani do sierocińca a następnie adoptowani przez różne rodziny (Jack złą, Dora dobrą) i na długie lata rozdzieleni, którzy odnajdują się w końcu dzięki parapsychologicznym zdolnością dziewczyny, ale już po tym, jak Jack za pomocą hipnozy dokonuje zemsty na przybranych rodzicach i staje się obiektem zemsty swoich czterech, przybranych, demonicznych sióstr. Tak w skrócie. Film jest cudaczny w stojącej za nim wyobraźni i niepodobny do innych filmów, ale - zdyscyplinowany w swym ekscentryzmie - nie jest szalony. Jest w nim coś bardzo własnego również w stylu i w atmosferze. W portrecie świata przedstawionego, którego niezwykłości reżyser nie akcentuje mocno - traktuje ją jak naturalny porządek rzeczy - przez co wydaje się on być w tym samym stopniu niezwykły, co po prostu lokalny. A idąc dalej również bardzo poetycki.


Jugosłowiański "Deja vu" Gorana Markovića (Vec vidjeno, 1987). Mocny dramat z dużym naciskiem na polityczno-społeczny portret byłej, komunistycznej Jugosławii (ze względu na retrospekcyjny charakter filmu - od czasów powojennych do lat 80), przechodzący w drastycznym finale w horror o szaleństwie straumatyzowanej jednostki. Znakomity film, który silnie skojarzył mi się ze znacznie późniejszymi dziełami chilijskiego reżysera Pablo Larraína - "Tonym Manero" (2008) i "Post Mortem" (2010), ale też z bliższym geograficznie kinem w rodzaju "Ładunku 200" Bałabanowa czy nawet z "Domem złym" Smarzowskiego. Bo podobnie jak w wyżej wspomnianych, odmalowana (czy nawet zarejestrowana) jest w filmie Markovića ta specyficzna, historyczna brzydota i moralna bylejakość represyjnego systemu, która staje się stanem umysłu. Rodzi zło. Aczkolwiek nie jest "Deja vu" horrorem wyłącznie politycznym. Szaleństwo jest tu wciąż jednostkowe i naznaczone tym, co osobiste, więc to również trochę taka "Psychoza" z bloku wschodniego i dramat destrukcyjnej namiętności w jednym. 


Hongkoński "Ebola Syndrome" Hermana Yau z 1996. Z rewelacyjnym Anthonym Wongiem w roli mordercy i gwałciciela Kaia, z nieustannymi pretensjami do świata, zarażonego wirusem Ebola i siejącym chaos i epidemię najpierw w Południowej Afryce, do której uciekł po wielokrotnym morderstwie, potem w rodzinnym Hongkongu, do którego w końcu powrócił. Drastyczny i wulgarny do granic, a nawet dalej, miks horroru i komedii, dość szczególnego rodzaju, bo takiej, której luz nakierowany jest przede wszystkim na potęgowanie amoralnego wydźwięku całości. Film jest obsceniczny i wręcz nihilistyczny, a przy tym, autentycznie zabawny, sprawia wrażenie zadowolonego z siebie w nie mniejszym stopniu niż jego prymitywny i socjopatyczny bohater - jakby z radością popuszczał hamulce - co daje bardzo osobliwy efekt. Ogląda się go z niejednokrotnie rozdziawioną buzią (również z dyskomfortem, chociaż bez przesady - wulgarność posunięta jest tu tak daleko, że poniekąd sama siebie neutralizuje, to już tylko szalony spektakl), jak to zresztą zwykle w przypadku filmów potrafiących twórczo wykrzesać kreatywność ze swojej bezczelności, z obrazów i rozwiązań, na które nie każdy by się porwał i które mało kto spodziewa się na ekranie zobaczyć.


"The Booth" Yoshihiro Nakamury z 2005. Nieszablonowy J-Horror, z akcją niemal w całości rozgrywającą się w jednym miejscu: w nawiedzonym (?) radiowym studiu, w trakcie nagrywania audycji na żywo, z telefonami od słuchaczy jako sednem programu. Krótki, 73-minutowy, i zrealizowany niedużym nakładem środków film jest realistyczny w formie, rozbudowany w dialogu i przewrotny i nierzadko ironiczny w treści, w czym wyraźnie daje o sobie znać twórczy temperament Nakamury, znakomitego i bardzo kreatywnego japońskiego reżysera ("Fish Story", "See You Tomorrow, Everyone") niekojarzonego raczej z gatunkiem horroru. Stosunkowo niewiele jest zresztą w "The Booth" elementów gatunkowi przypisanych; pod względem pomysłu i sposobów na zagęszczanie akcji, całość ma nawet więcej wspólnego z klaustrofobicznymi thrillerami z bohaterem zamkniętym i osaczonym w jednym, ciasnym miejscu (w rodzaju "Telefonu" czy - bardziej - koreańskiego "Terror Live"), choć ostatecznie horrorem oczywiście jest. Nie jakimś niezapomnianym, ale bardzo przyjemnym. Świeżym do końca.


Długo wyczekiwany sensacyjny "Colt 45" Fabrice'a Du Welza (2014). Pierwszy nie-horror jednego z najlepszych współczesnych twórców horroru. Reżyser miał problem z tym filmem, z jego producentami, czy może to producenci mieli problem, w rezultacie czego całość, jak się zdaje, ucierpiała zwłaszcza na etapie ostatecznego montażu. "Colt 45" ma zburzony rytm; wątki i postacie sprawiają czasem wrażenie zarysowanych pośpiesznie, czasem zbyt szybko kończonych; jest nierówny, za krótki, trwa 80 minut, powinien 100 albo i 120. Chwilę po seansie miałem podobne odczucie, jak kiedyś przy "Centurionie" Neila Marshalla - że obejrzałem 75% zamierzonego filmu. Ale to i tak lepsze 75 niż niejedno niezłe 100. Twórczy temperament i filmowe zainteresowania Du Welza dają tu o sobie znać nieustannie. Choć w punkcie wyjścia to mniej lub bardziej konwencjonalna - umówmy się, że - policyjna historia, to jedna z tych, które rozsadzają ramy gatunku. Film jest zrobiony z nerwem, jest chłodny (świetne audio), nagły, brutalny, prowokacyjnie niepoprawny, rzekłbym nawet nihilistyczny, fetyszyzuje narzędzie przemocy, pośrednio też ją samą. Ale ma w tym swój cel. Znakomite jest zakończenie, w swojej intensywności - jak również temacie agresywnej przemiany - opowiedziane w gruncie rzeczy językiem horroru. Przy wszystkich wadach, wciąż nieprzeciętne, wciąż warto. Aczkolwiek smutek bierze, gdy pomyśleć, jak dobre by to było kino przy pełnokrwistych 100%.


Koreański "Woman of Fire" Kim Ki-younga (Hwanyeo, 1971). Remake wyreżyserowanej przez tego samego twórcę, głośnej "Pokojówki" (Hanyo) z 1960. A może nie tyle remake, co wariacja na ten sam temat, i to nie ostatnia, bo jedenaście lat później, Kim Ki-young opowiedział tę historię po raz trzeci (Hwanyeo '82), a jest jeszcze ta najnowsza "Pokojówka", z 2010 (Hanyo), w reżyserii Im Sang-soo. Punkt wyjścia jest dokładnie ten sam, co w oryginale. Mieszczańska rodzina sterroryzowana zostaje psychicznie przez pokojówkę, po tym jak ta wykorzystana zostaje przez pana domu. Samo jednak przedstawienie postaci jest inne. Tytułowa bohaterka jest ofiarą w większym stopniu niż jej poprzedniczka, nie uwodzi, ale zostaje zgwałcona; psychicznie jest bardziej niestabilna, co zmienia temperaturę filmu. Nie aż tak dobrego jak oryginał (mimo wszystko, brak tu większego elementu zaskoczenia), ale wciąż nieprzeciętnego, zrealizowanego z równie dużym temperamentem i nie mniej intensywnego w obrazach. W decydującej mierze za sprawą znakomitej strony technicznej. Wizualnie Kim Ki-young nawiązuje do barwnego, amerykańskiego kina lat 50, spod znaku np. melodramatów Douglasa Sirka. Świetnie wykorzystany szerokoformatowy ekran hiperbolizuje opowieść. Wszystko - czy to wnętrza mieszkania, czy świat na zewnątrz - sprawia tu wrażenie nieco większego niż w rzeczywistości, odrealnionego. Podobnie przerysowana jest paleta zastosowanych barw rodem z technikolorowego musicalu, jaskrawych i efektownie kontrastowych, co w przełożeniu na język sugestywnego thrillera, pełnego dwuznaczności i samoświadomego kiczu daje efekt niemal (?) surrealistyczny. Ktoś napisał, że Kim Ki-young to koreański Bunuel (podobnie jak pierwsza i ostatnia "Pokojówka", "Woman of Fire" to antymieszczańska satyra), Hitchcock i Polański w jednym. Trudno się nie zgodzić.


"Chłopcy z Fengkuei" (Feng gui lai de ren, 1983). Wczesny film Hou Hsiao-hsiena, uważany za jego pierwszy w pełni autorski. Inspirowana doświadczeniami reżysera nostalgiczna opowieść o kilkorgu przyjaciół z niewielkiej wioski na Tajwanie, wyruszających do miasta, aby zarobić pieniądze. Opowiedziana we właściwy dla Hsiao-hsiena sposób; powoli, bez wyraźnie zarysowanej akcji i większej dramaturgii. Seria obrazów indywidualnej pamięci, nasyconych czasem przeszłym i miejscami, do których się odnoszą. Ich oddziaływanie potęgują poszczególne późniejsze filmy reżysera, "Dust in the Wind" i "Czas życia i czas śmierci" z 1986, tak jak, zapewne, oddziaływanie obrazów z "Dust in the Wind" potęgowałyby obrazy z "Chłopców z Fengkuei" gdybym oglądał je we właściwej kolejności. I nie tyle chodzi tu o fakt, że treściowo te filmy wzajemnie się dopełniają, układają w jakąś autobiograficzną całość (albo część całości), ale o ich konsekwencję, podobieństwo poetyki, właściwą im, pozbawioną filmowych sztuczek powściągliwość. Minimalizm, który zawstydza większość współczesnego kina określanego tym terminem, bo pozbawiony jest manieryzmu; naturalny, do niczego nie aspiruje, niczego nie podrabia (co nie znaczy, że niczym się nie inspiruje - nie sposób nie pomyśleć o filmach Ozu w scenie, gdy ktoś odjeżdża, by nie wrócić, a kamera przez chwilę pokazuje opustoszałe miejsce, wcześniej naznaczone czyjąś obecnością, teraz jej brakiem). I jest samowystarczalny w swoim osobistym tonie, którego Hsiao-hsien z reguły nie podkreśla, nie przekłada na wspólny język, tak jakby robił te filmy wyłącznie dla siebie.


Kanadyjski "Blood & Donuts" Holly Dale z 1995. Klasyfikowany jest jako komediowy horror, co jest niby słuszne, a jednak trochę mylące. Horror z tego żaden, komedia tak, choć szczególnego rodzaju, zabawna, ale na służbie nastroju, bardzo melancholijna. Bohaterem jest wampir, który budzi się z kilkudziesięcioletniego snu; jest pozytywny, nie żywi się ludźmi, a głównie szczurami; zakochuje się w dziewczynie z baru z kawą i pączkami, zaprzyjaźnia z pechowym taksówkarzem stylizującym się nieustannie na Travisa z filmu Scorsese i mającym problemy z okolicznymi gangsterami (których przywódcę gra David Cronenberg), co oczywiście prowadzi fabułę w kierunku kilku gatunkowych, wampirycznych scen. Właściwy ton całości nadają jednak nocne sceny barowe, atmosfera bezsenności i samotności, z czym wampirycznej nieśmiertelności zawsze było po drodze. Do tego ścieżka dźwiękowa wypełniona klasycznymi szlagierami; obskurna sceneria, z której udaje się autorce wycisnąć coś prawdziwie poetyckiego... Ładny film. Może nie idealny, bo obok momentów znakomitych, jest tu też kilka nieco mniej trafionych rozwiązań, ale w całokształcie satysfakcjonujący na tyle, abym chciał jeszcze kiedyś obejrzeć ponownie. I polecał bez skrępowania.


"Doppelganger" Kiyoshiego Kurosawy (Dopperugenga, 2003). Nie wiem dlaczego nie sięgnąłem po ten film kilka lat temu, gdy poznawałem twórczość Kurosawy, ale w sumie dobrze się stało, mogłem go obecnie odkryć dla siebie jak przeoczoną perłę. Ulubiony aktor Kiyoshiego, jak zawsze znakomity Koji Yakusho, gra tu naukowca i wynalazcę, w którego życiu pojawia się i miesza doppelganger, ze swej natury będący jego mentalnym przeciwieństwem, złym bliźniakiem. Do czasu film przypomina niedawnego "Sobowtóra" Richarda Ayoade i niewykluczone, że i w tym przypadku opowiadanie Dostojewskiego posłużyło za źródło inspiracji. Aczkolwiek są to podobieństwa bardzo ogólnego rodzaju; Kurosawa ma zbyt specyficzny, unikatowy styl, podobny jest przede wszystkim do siebie. "Doppelganger" jest w tym różny od jego pozostałych filmów, że jest mocno komediowy, choć jednocześnie to 100% Kurosawy w Kurosawie. Motyw złego, wypieranego "ja" jest zresztą często obecny w jego twórczości i pod tym względem "Doppelganger" ma coś wspólnego choćby z doskonałą "Kuracją" (Kyua, 1997). Tyle że tu charakterystyczny dla reżysera niepokój w kreowanej atmosferze (i te filmowane zawsze z chłodną obojętnością sceny przemocy, pojawiającej się jakby ni stąd ni zowąd) idzie pod rękę z absurdem, który bawi. A od pewnego momentu to już biegnie: błyskotliwe, zaskakujące ciągłą zmiennością ostatnie pół godziny - które jest jak slapstickowe kino drogi napisane przez Franza Kafkę - to najbardziej cudaczny i zabawny kawałek kina, jaki widziałem w ostatnich miesiącach.


"Savage Streets" Danny'ego Steinmanna z 1984. Dość interesujący przykład kina nurtu rape & revenge, w wydaniu młodzieżowego atrakcyjniaka i w bardzo popularnej ówcześnie stylistyce filmu o szkolnych i/lub ulicznych gangach, w rodzaju np. "Klasy 1984" Marka L. Lestera z 1982. Kino eksploatacji dozwolone od lat 15. Nie tak dobre, jak mogłoby być, ale solidne. Z żywo odmalowanym tłem (ładnie się pod tym względem prezentuje zwłaszcza początek) i wbrew pozorom - i zasłyszanym wcześniej opiniom - niekoniecznie jakoś bardzo wygładzone, przynajmniej nie w wersji nieocenzurowanej. Do tego raczej niepoprawne - z dzisiejszej, poprawnej perspektywy - seksistowskie w optyce. Z żeńską częścią obsady dobraną w myśl zasady najpierw biust, potem reszta, z atrakcjami w rodzaju bójki półnagich dziewcząt pod prysznicem oraz - i to akurat rzeczywiście problem - z twardą babką, która jest trochę za bardzo jak twardy facet, a za mało jak twarda dziewczyna. Oczywiście, dla równowagi, są tu też odpowiednio plugawi przedstawiciele płci brzydszej, którzy są sprawcami zła i którzy ponoszą za to stosowną karę. Z kuszy.


Bardzo dobry "Zero Effect" Jake'a Kasdana z 1998. Kryminalna komedia, która jest czymś dalece ciekawszym i oryginalniejszym, niż się w pierwszej chwili wydaje. Niespodzianką jest tu zarówno pogłębiony, nieefekciarski portret głównego bohatera - pomyślanego na wzór Sherlocka Holmesa błyskotliwego i neurotycznego prywatnego detektywa, będącego w tym samym stopniu postacią komiczną, co dramatyczną, jak i nietrywialne ujęcie świata przedstawionego, w duchu bardzo w tradycji czarnego kryminału, ze wskazaniem zwłaszcza na "Chinatown" Polańskiego, do którego wyraźnie się tu nawiązuje (co ważne, bez pastiszu). Inny film. Osobny. Kiedy trzeba zabawny i ekscentryczny, ale też bardzo ładny w akcencie, jaki kładzie na wyobcowanie oraz w rozwijającym się tu z czasem subtelnym wątku lirycznym, znakomicie zagranym przez Billa Pullmana i Kim Dickens. A przy tym inteligentny i zdyscyplinowany, spójny, choć złożony z wydawałoby się niespecjalnie przystających do siebie elementów. W gruncie rzeczy jeszcze jedna najtisowa perła z okolic kina neo-noir, którego rozkwit osobiście uważam za bodaj najciekawsze i wciąż niedoceniane należycie zjawisko w amerykańskim kinie lat 90.


"Znamię" Shinyi Tsukamoto (Sôseiji, 1999). Mój nr 2 - po o rok wcześniejszym "Bullet Ballet" - z filmów Tsukamoto. Inny niż reszta. Daleki od cyberpunkowej poetyki, z którą kojarzy się reżysera najczęściej, historyczny - umiejscowiony w Japonii w latach 20, zdyscyplinowany narracyjnie; formalnie dopieszczony, bardzo plastyczny. Jeden z tych, przy okazji których równie często, co bezrefleksyjnie używa się głupiej formułki: najdojrzalszy film w twórczości... To adaptacja opowiadania Rampo Edogawy, nazywanego japońskim Edgarem Allanen Poe, kontrowersyjnego pisarza, którego twórczość, z pogranicza kryminału i horroru, wywarła niemały wpływ na kształt japońskiego kina grozy. Nie znam literackiego oryginału i nie wiem na ile Tsukamoto jest mu wierny, ale mam wrażenie, że jest wierny do końca. Jest w jego filmie coś bardzo klasycznego, czy nawet staroświeckiego (elementy moralitetu, wyjaśnienie fabularnych tajemnic...), co - dzięki zdyscyplinowanej reżyserii, powściągliwemu aktorstwu i doskonałej stronie audiowizualnej - udało się wykreować na ekranie w sposób atrakcyjny i angażujący, ale, co kluczowe, niekoniecznie uwspółcześniony. Tsukamoto poniekąd wskrzesił tu pewien typ gotyckiej opowieści grozy, który w swojej oryginalnej formie, z początku zeszłego wieku, jest niedzisiejszy, a jednak, w tym przypadku - bardzo żywy, tajemniczy i piękny.


Niezmiennie doskonały "Spider Forest" Song Il-gona z 2004. Jeden z tych filmów, przy omawianiu których często używa się określeń w rodzaju: w stylu Lyncha i lynchowy. Co oczywiście ma swoje uzasadnienie, ale co jest również kliszowe i krzywdzące, bo już na starcie ustawia porównywane na podrzędnej pozycji, sugeruje pewną wtórność, podążanie za wzorem. Tymczasem to w pełni autorski i artystycznie spełniony film. Jasne, jak w przypadku dzieł Lyncha - czy może tego przez jaki pryzmat są one najpowszechniej postrzegane - jest stylowy, tajemniczy, nafaszerowany archetypową symboliką i czerpie z poetyki snu, robi to jednak po swojemu, w innym tonie. To filmowy labirynt, dla którego punktem wyjścia jest brutalne, podwójne morderstwo, które może popełnił a może nie, budzący się ze śpiączki bohater. Labirynt w którym ciężko odróżnić prawdę od fikcji - i duchy od żyjących - w którym nachodzą na siebie różne plany czasowe, a wspomnienia przybierają formę tłumaczącej je opowieści w opowieści. Przy tym wszystkim, przy całej swojej zagadkowości i niejednoznaczności (widziałem "Spider Forest" trzykrotnie i za każdym razem rozumiem go trochę inaczej, choć rdzeń się nie zmienia), to film bardzo spójny i w gruncie rzeczy klarowny. Nie stawiając wszystkiego ani na tajemnicę i jej rozwiązanie, ani na tzw. atmosferę, ale na bohatera filmu, jego perspektywę i dramat, w pierwszej kolejności jest przejmującym portretem wędrówki udręczonego umysłu.


"Evil Dead Trap" Toshiharu Ikedy z 1988. Przez większą część akcji to nieczęsto się w japońskim kinie trafiający slasher, umiejscowiony głównie w pięknie wykorzystanej, malowniczo podniszczonej scenerii opuszczonej bazy wojskowej (wg słów jednego z bohaterów, z wyglądu przypomina to opuszczoną fabrykę), do której kierując się dziennikarskim tropem - czy może przynętą zastawioną przez mordercę - przybywa autorka telewizyjnego show wraz z kilkorgiem swoich współpracowników. Tu zaczyna się łatwa do przewidzenia rdzenie slasherowa i wcale ekscytująca część filmu. W drugiej połowie, bliżej końca, fabuła wykonuje jednak szaloną woltę i przechodzi w ekstremalny body horror przywodzący na myśl kino Davida Cronenberga, z paluchem skierowanym zwłaszcza na "Potomstwo" z 1979. I chociaż kluczowe elementy należą tu do różnych od siebie porządków, nie ma w filmie Ikedy ani tematycznego zgrzytu, ani tego pastiszowego bądź parodystycznego podejścia, w myśl którego łączenie skrajności równa się żart i dystans. Przeciwnie, jest w "Evil Dead Trap" zaskakująca spójność i konsekwencja, za sprawą której druga połowa staje się uzasadnionym rozwinięciem pierwszej połowy: konsekwencja horroru postrzeganego jako twór przede wszystkim antykulturowy w swoim temacie (nie wymowie); bezkompromisowo i brutalnie kreujący obraz rzeczywistości, w której ustalony porządek, to, co rozpoznane i cywilizowane, rozpada się na kolejnych możliwych poziomach - estetycznym, moralnym, tożsamościowym, a w końcu również biologicznym. Parafrazując jednego z bohaterów "Incepcji": nie bójmy się śnić koszmarów z rozmachem.

1 komentarz:

  1. Nareszcie opisujesz filmy, które i ja widziałem ;) Co do obrazu Markovica to znany jest on także pod tytułem "Reflections" i jest to rzeczywiście świetne kino, umiejętnie łączące dramat psychologiczny, polityczny i horror. No i możemy popodziwiać "jugosłowiańską Jane Fondę" - Anice Dobrą w roli "złej kobiety" ;) Jeśli chodzi o "Doppelgangera" Kurosawy - też lubię ten film i uważam, że jest nieco niedoceniony. No i mimo komediowego tonu jest w tym filmie jedna z najlepszych scen grozy spośród filmów Kurosawy- w prologu. Zaś co do "Ebola Syndrome", "Znamienia", "Spider Forest" i "Evil Dead Trap" nic dodać nie trzeba - trafnie i zwięźle ująłeś istotę tych filmów.

    OdpowiedzUsuń