Adaptacja powieści Ottessy Moshfegh, tu również współautorki adaptowanego scenariusza, mimo że bardzo wierna, sprawia wrażenie nieco mniej prowokacyjnej a bardziej nastrojowej – nawet melancholijnej – niż powieściowy oryginał. Częściowo za sprawą dziewczęcej powierzchowności Thomasin McKenzie, zbyt kruchej, aby pomyśleć: "zepsutej"; częściowo autorskich decyzji, nostalgicznej ścieżki dźwiękowej, specyfiki medium. Eileen z powieści także była krucha, przejmująca, i miała dobre serce, jednak jako chłodna i ironiczna narratorka w jesieni życia, robiła aż nadto, aby nie odmalować młodej siebie sentymentalnie.
Dużo więc było w jej opowieści niepoprawnych refleksji, małych, niegodnych pragnień, obrazów prowokacyjnych, bo nieprzystających, nie dość estetycznych, nie dość kobiecych, jak brudna bielizna, niezmieniona podpaska, dużo alkoholu, wymiocin i przytłaczającej małomiasteczkowej bylejakości, której nie zabrakło też w filmie. Znakomicie wygrana jest przez McKenzie ta samotność w obojętnym miejscu wśród obojętnych ludzi, seksualność ściśnięta w małych masturbacyjnych fantazjach, młodość, która wcale nie daje przewagi, jest smutna i stłamszona. Gdy Eileen zadurza się w atrakcyjnej Rebece, to zadurza się jak wygłodzone dziecko, zachłannie i naiwnie.
W jednej z ładniejszych scen filmu, tej z plakatu (może jedynej zasługującej na miano ładnej), Eileen i grana przez Anne Hathaway Rebeka tańczą w niedoświetlonej sali małomiasteczkowego pubu. Niewiele widać poza twarzami i czernią, jednak inaczej niż zwykle w podobnie fotografowanych sekwencjach, obraz ma na celu nie tyle podkreślenie drugiej strony bohaterki, tej zanurzonej w mroku, ile wyłonienie ją z niego... Chwilą bliskości, ale nie uczucia. Mimo że film Oldroyda chętnie odwołuje się do "Carol" Todda Haynesa – w obrazach, ale też, poniekąd, postaciach i charakterach – robi to raczej przewrotnie, może ironicznie. Rebeka, nowa psycholożka w zakładzie karnym dla nieletnich w Mont Olive, dziewczyna z Harvardu, jest próżna próżnością atrakcyjnych, uprzywilejowanych i otwartych, a jej rozgrzewająca znajomość z pracującą w zakładzie Eileen od pierwszych chwil nierówna, podszyta "niewinnym" cynizmem, jak pewnie często w przypadku relacji podziwianych i podziwiających.
Kiedy bohaterki palą papierosy, niedoświadczona Eileen, podobnie jak Therese w "Carol", pali, naśladując szykowną pozę swojej doświadczonej koleżanki. W którymś momencie Rebeka mówi, że nałóg, podobnie jak kawa i czerwone wino, szkodzi jej na zęby, pokazuje je niby zabrudzone, ale są idealnie białe, w przeciwieństwie do zniszczonych słodyczami, gnijących zębów Eileen. Kiedy kobiety są w pubie, zaczepiają je miejscowi mężczyźni, jeden z nich ma wybite przednie zęby, Rebeka zwraca na to uwagę, komentuje. Stan zębów jest tu jak znak świata, który się zamieszkuje – świata Eileen, z na wpół szalonym ojcem alkoholikiem i wymiocinami na sąsiednim siedzeniu. Oraz świata Rebeki, absolwentki Harvardu, z ideami, pewnością siebie i stylem hollywoodzkiej gwiazdy. Na innym poziomie – a może tym samym – dualizm ten obecny jest też w słowach ojca Eileen, gdy dzieli ludzi na tych "prawdziwych, którzy są jak z filmów", i tych, "którzy wypełniają przestrzeń".
A jednak kiedy Eileen po raz pierwszy widzi Rebekę jak z filmów, parkującą samochód pod murami zakładu karnego, pęka jej torba ze śmieciami i nieczystości wysypują się na wierzch. Symbolicznie, niby zapowiedź przyszłych wydarzeń, zejścia do piwnicy, do zgniłego podbrzusza zgniłego miasta, tam, gdzie wyparte. I chociaż to Rebeka (ze swoją pychą w dobrej wierze – chce zmienić świat na lepsze, ale na skróty) otwiera dziewczynie drzwi do piwnicy, w finałowym akcie tak naprawdę liczy się już tylko Eileen i jej droga, jej rytuał i iluminacja. Więcej nie wypada zdradzać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz