niedziela, 31 marca 2024

Czerwone pokoje, reż. Pascal Plante (2023)

Znakomite kanadyjskie "Czerwone pokoje" o procesie mężczyzny oskarżonego o seryjne zabójstwa nastolatek, ale opowiedziany z perspektywy młodej kobiety, modelki zafascynowanej domniemanym mordercą z darkwebowych czeluści. Tak to przynajmniej wygląda na pierwszy rzut oka. Bohaterka jest postacią na tyle zagadkową, że nie sposób powiedzieć, jaka właściwie jest jej perspektywa, co dla osób przed ekranem wiązać się może z niemałym dyskomfortem: podążając za Kelly-Anne wciąż nie wiadomo, czego się spodziewać. W którym momencie zrobi coś złego i jak bardzo złego? A może wcale nie zrobi? Juliette Gariepy jest w tej roli doskonała, fenomenalna, intensywna, zatopiona we własnych myślach, obdarzona charakterystyczną urodą – zwykle wyższa niż ktokolwiek obok – wyróżnia się na tle, jest obca, niepokojąca. Ale właściwie każda scena "Czerwonych pokoi" jest niepokojąca, przykuwa uwagę, pulsuje napięciem, tajemnicą. Plante ma dobre wyczucie czasu i słowa, tempo jest stosunkowo niedynamiczne, dialog bardzo oszczędny, a jednak film nigdy nie wędruje w manieryczne rejony kina przyszłości, z całą swoją mroczą zawartością jest chłodny i naturalny. W początkowych partiach "Czerwonych pokoi" Kelly-Anne poznaje inną stale obecną na rozprawie młodą dziewczyną. W przeciwieństwie do niej samej, introwertycznej jak matematyczny geniusz, Clementine jest głośna, chaotyczna, zbuntowana, młodzieńczo niemądra, łatwa do rozczytania i jako taką można ją potraktować jak koło ratunkowe rzucone widzom zaniepokojonym poczynaniami nieprzeniknionej Kelly-Anne. Czy słusznie? Nie wypada zdradzać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz