W skromności i surowości obrazów "Powrotu Odyseusza" Uberta Pasoliniego jest dostojność, od której kino się odzwyczaja, jakby dostojna mogła być już tylko jakaś forma przepychu (tymczasem mit jest dostojny sam w sobie).
Jest też w oszczędności języka: współczesny angielski nie brzmi fałszywie w ustach Odyseusza i mam wrażenie, że mocno się o to starano – że gra się tu językiem, uniwersalizuje go, nie chowa i nie ukrywa, że coś się nie zgadza (patrz: akcent w "Wikingu" Roberta Eggersa).
To film o kryzysie mitu. Kryzysie, który musi zostać przezwyciężony, aby świat wrócił do równowagi, zaczął na nowo żyć, bo bez mitu nie ruszy do przodu. Pojawia się nawet określenie 'wasteland'. Jakbyśmy byli w "Mad Maxie 2" George'a Millera.
Esencją mitu Odyseusza jest działanie, konflikt. To oczywiście głupie, ale ktoś to zawsze może uznać za kontrowersyjne – jako opowieść afirmującą konflikt; konflikt jako to, co wprawia koło w ruch.
Tym bardziej, że Uberto Pasolini tak mocno akcentuje w swoim filmie opozycje męskie/brutalne i kobiece/wrażliwe. Kiedy przygnieciony wojenną przemocą Odyseusz w końcu sięga po broń i zabija konkurentów, nie zmywa z ciała krwi. Jak rzeźnik.
Ale też najpiękniejszą sekwencją filmu jest scena poprzedzająca rzeźnię, scena ostatecznego rozpoznania, gdy Penelopa mówi do Telemacha: "Give your father the bow"/ "Daj ojcu łuk". Miałem łzy w oczach.
Paradoksalnie ten surowy i niesentymentalny film łatwo czytać jako przejmujące domknięcie melodramatycznej trylogii z Fiennesem i Binoche – trylogii zapoczątkowanej "Wichrowymi wzgórzami" Bogdanovicha, kontynuowanej "Angielskim pacjentem" Minghelli. Wszystko mity. Wszystkie piękne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz