Jest w tej fantazyjnej historii coś głęboko ludzkiego i naturalnego, czego przy pierwszych dwóch seansach nie potrafiłem nazwać. Teraz myślę, że to rola Léi Seydoux; postać/postacie Léi Seydoux, przejmującej więc prawdziwej w każdej ze scen filmu.
Tematem "Bestii", najprościej i może najłatwiej rzecz ujmując, jest strach, przeczucie nieokreślonej katastrofy, która musi nadejść (co istotne, w opowiadaniu Henry'ego Jamesa odczuwał je on, nie ona), a idąc dalej strach przed miłością, nieumiejętność kochania, strach przed bestią – tym, co nieznane, niepokojące, albo tym człowiekiem, dandysem lub incelem, który kochać potrafi jedynie w snach. W przeciwieństwie do Gabrielle, która kocha w każdym wcieleniu, u której miłość do bestii jest większa niż lęk przed nią. Fakt, że to Gabrielle zawsze przegrywa jest oczywiście fatalistyczny, ale jest to fatalizm szczególny – fatalizm jak z lynchowskiego melodramatu, tego ze sceną, w której ktoś płacze i/lub tańczy do piosenki Roya Orbisona.
Z autorskich filmów ostatnich lat "Bestia" to w moim odczuciu najpiękniej i najgłębiej lynchowski (obok, ale jednak przed "Może pora z tym skończyć" Charliego Kaufmana i "Blondynką" Andrew Dominika). Sam reżyser wśród swoich ulubionych dzieł wymienia zresztą "Twin Peaks: ogniu krocz ze mną" i "Mulholland Drive".
Z kinem Lyncha wspólny jest już motyw pomnożenia wcieleń bohaterów i – jak w "Mulholland Drive" – alegoryczna opowieść o kinie, reżyserii, aktorstwie, tu zbudowana mocno na twórczym dorobku Lei Seydoux. W bezpośrednich nawiązaniach trudno nie zwrócić uwagi na fakt, że w części rozgrywającej się w Los Angeles, bohaterka, podobnie jak Betty w "Mulholland Drive", to szukająca szczęścia w zawodzie początkująca aktorka, która opiekuje się domem bogatych ludzi i nawet nosi bliźniaczo podobną fryzurę do tej Naomi Watts. Przede wszystkim jednak, tak jak arcydzieło Lyncha ma "Crying" Roya Orbisona (wspaniale scoverowane przez Rebeccę Del Rio jako "Llorando"), tak "Bestia" ma "Evergreen" Roya Orbisona. W części umiejscowionej w latach dwutysięcznych również w formie coverów, natomiast w finałowej scenie z 2044 – rozgrywającej się w klubie pełnym czerwonych kotar i barmana żywcem wyjętego z któregoś z epizodów "Twin Peaks" – już w oryginale.
To kluczowy moment filmu, ważny nie mniej niż wspaniała sekwencja z Rebeccą Del Rio w klubie Silencio. Obie łączą nie tylko wspólne muzyczne korzenie, ale też fakt, że są momentem gorzkiego rozpoznania – nim jednak do niego dojdzie, nim bohaterka powie "kocham" cię i krzyknie przerażona niczym Laura Palmer w ostatniej scenie "Twin Peaks: Powrót" (tak, znowu Lynch)... nie widziałem w zeszłym roku niczego piękniejszego (piękniejszego hołdu dla "Mulholland Drive" i Silencio nie widziałem nigdy).
Nie na ekranie.
"Bestia" nie została u nas przyjęta zbyt dobrze przez krytykę, ale nie ufajcie im za bardzo. Ani tym, którzy, jak gość podcastu Nowych Horyzontów, odmawiają filmowi Bonello wpływów Lyncha (równie dobrze odmówmy De Palmie Hitchcocka), ani tym, którzy piszą o "tysiącu banalnych konceptów", bo nie jesteśmy w przedszkolu. A już zwłaszcza tym wszystkim, którzy uważają Bonello za pretensjonalnego francuskiego nudziarza, bo ze swoim wyczuciem muzycznym (patrz "Nights in White Satin" w "Apollonide") i filmowo erudycyjnym (patrz "Świt żywych trupów" w "Nocturamie") jest większym filmowym rock'n'rollowcem niż my wszyscy razem wzięci.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz