Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gore Verbinski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gore Verbinski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 stycznia 2019

Lekarstwo na życie, reż. Gore Verbinski (2016)

Bardzo lubię wpisaną w ten film dwoistość, obecną zarówno w tonie, który jest jednocześnie poważny i niepoważnie ironiczny, i w treści – w obrazie rzeczywistości ulegającej rozdwojeniu. W jednej z początkowych scen wiozący bohatera szofer, opowiadając mu historię ostatniego barona rodu Von Reichmerlów, kończy słowami: "To było 200 lat temu, wiele się od tamtej pory zmieniło"; reszta filmu tymczasem to nic innego, jak zmierzanie do odkrycia, że właśnie niewiele. Na nowoczesny, korporacyjny świat, z którego do szwajcarskiego kurortu przybywa grany przez Dane'a DeHaana Lockhart, niejako nałożony tu zostaje (nie)miniony świat rodem z klasycznego, na poły baśniowego horroru (w pierwszym akcie Verbinski wyraźnie nawiązuje do Drakuli Stokera) - z górującym nad otoczeniem bajkowym zamkiem, z poślubiającym własną siostrę szalonym baronem, z lekarstwem na wieczną młodość i eksperymentami na okolicznych wieśniakach tudzież kuracjuszach. Te dwie rzeczywistości przeplatają się początkowo nieznacznie (przeczucia widzącej więcej matki Lockharta; grana przez Mię Goth Hannah filmowana jak księżniczka, uwięziona na zamku, wypatrująca wybawiciela...), z czasem coraz gęściej, by w końcu, w spektakularnym finale, stanąć dosłownie twarzą w twarz. 

Wśród opozycji, w których swój wyraz znajduje dwoistość filmu, obok realnego i nierealnego, wody i ognia, jest też, paradoksalnie, zdrowie i choroba. Paradoksalnie, bo poddawany kuracji jak torturom albo torturom jak kuracji Lockhart rzeczywiście dochodzi do siebie. Niczym w modernistycznej baśni - odrzuca toksyczny świat korporacji na rzecz tego, z którego wywodzi się Hannah. Jeśli za najdramatyczniejszą sceną filmu uznać retrospekcyjną, przedstawiającą samobójstwo ojca bohatera, to jej przeciwieństwem jest finałowa. Z jednej strony sterylny miejski świat zza szyb biur i samochodów i pociągająca na dno zawodowa presja, z drugiej bohater jadący wraz ze swoją księżniczką rowerem (bo rower, jak dziewczyna, należy do baśni), uciekający nim i od zamku, w którym byli uwięzieni i od pojawiających się nieoczekiwanie na miejscu, jego karykaturalnych, korporacyjnych szefów. Brzmi może banalnie, ale to dlatego, że to część dowcipu. I jak dobrze jest to sfilmowane, ile w tym brawury, niemal kuglarskiego wdzięku.