Opatrzony na wstępie informacją zainspirowane prawdziwymi wydarzeniami "Dream Home" składa się z dwóch konsekwentnie przeplatanych ze sobą części. W pierwszej z nich, rozgrywającej się w ciągu kilku godzin, bohaterka, Cheng Li-sheung, morduje kolejne osoby mieszkające w luksusowym hongkońskim apartamencie. W drugiej - reżyser niechronologicznie przedstawia poszczególne wycinki z życia Cheng mające na celu, przynajmniej częściowe, przybliżenie jej motywów, z dużym akcentem na rolę kryzysowej gospodarczo sytuacji w Hongkongu lat 90-tych i dekadzie następnej. Część druga, w swoich podstawach wzbogacająca horrorową fabułę o socjospołeczne, a w zdecydowanie mniejszym stopniu również psychologiczne aspekty - nie do końca się udała. Pang Ho-Cheung niby o czymś ważnym opowiada, ale robi to w aż zaskakująco letni sposób. Scenom nie tylko brakuje wewnętrznej dramaturgii, ale też skumulowane niekoniecznie mówią coś istotnego o dość powierzchownie portretowanej bohaterce, przez co nie stanowią zbyt interesującego (i przekonującego) uzupełnienia tej drugiej, krwawej części filmu. Samej w sobie będącej jednak wystarczająco dobrym powodem, aby "Dream Home" zobaczyć. Sprowadzając rzecz do łatek: to średniej jakości dramat i pierwszorzędny nowoczesny slasher. Gdy przychodzi do tego drugiego Pang nie ma już problemu z przyciśnięciem gazu. Sfilmowana przez niego jatka to brawurowy w swojej pomysłowości mix makabry i bardzo czarnego humoru – przerysowania, zbliżającego się do groteski, ale nigdy w sposób, który zamieniał by całość w znoszącą napięcie krwawą błazenadę. Dobra zabawa i dość paradoksalny w swojej nierówności film: pozostająca na służbie pośledniego gatunku czysta, efektowna (nawet efekciarska) kreatywność zdecydowanie góruje w nim nad tą z gruntu poważniejszą – i ważniejszą – autorską wypowiedzią.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą home invasion. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą home invasion. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 13 września 2011
Dream Home, reż. Pang Ho-Cheung (2010)
Opatrzony na wstępie informacją zainspirowane prawdziwymi wydarzeniami "Dream Home" składa się z dwóch konsekwentnie przeplatanych ze sobą części. W pierwszej z nich, rozgrywającej się w ciągu kilku godzin, bohaterka, Cheng Li-sheung, morduje kolejne osoby mieszkające w luksusowym hongkońskim apartamencie. W drugiej - reżyser niechronologicznie przedstawia poszczególne wycinki z życia Cheng mające na celu, przynajmniej częściowe, przybliżenie jej motywów, z dużym akcentem na rolę kryzysowej gospodarczo sytuacji w Hongkongu lat 90-tych i dekadzie następnej. Część druga, w swoich podstawach wzbogacająca horrorową fabułę o socjospołeczne, a w zdecydowanie mniejszym stopniu również psychologiczne aspekty - nie do końca się udała. Pang Ho-Cheung niby o czymś ważnym opowiada, ale robi to w aż zaskakująco letni sposób. Scenom nie tylko brakuje wewnętrznej dramaturgii, ale też skumulowane niekoniecznie mówią coś istotnego o dość powierzchownie portretowanej bohaterce, przez co nie stanowią zbyt interesującego (i przekonującego) uzupełnienia tej drugiej, krwawej części filmu. Samej w sobie będącej jednak wystarczająco dobrym powodem, aby "Dream Home" zobaczyć. Sprowadzając rzecz do łatek: to średniej jakości dramat i pierwszorzędny nowoczesny slasher. Gdy przychodzi do tego drugiego Pang nie ma już problemu z przyciśnięciem gazu. Sfilmowana przez niego jatka to brawurowy w swojej pomysłowości mix makabry i bardzo czarnego humoru – przerysowania, zbliżającego się do groteski, ale nigdy w sposób, który zamieniał by całość w znoszącą napięcie krwawą błazenadę. Dobra zabawa i dość paradoksalny w swojej nierówności film: pozostająca na służbie pośledniego gatunku czysta, efektowna (nawet efekciarska) kreatywność zdecydowanie góruje w nim nad tą z gruntu poważniejszą – i ważniejszą – autorską wypowiedzią.niedziela, 14 sierpnia 2011
Kidnapped, reż. Miguel Ángel Vivas (2010)
Zaskakująco dobry dreszczowiec spod znaku home invasion. Bogata, trzyosobowa rodzinna spędzająca pierwszą noc w swoim nowym domu i trzech zamaskowanych, terroryzujących ich mężczyzn. Nic nowego, choć akurat na tle przychodzących ostatnio z Hiszpanii, coraz bardziej przecenianych horrorów i gatunków blisko z nim spokrewnionych, nie sposób odmówić filmowi Portugalczyka Miguela Angela Vivasa sporej dawki surowej (anty-del Torowej) świeżości. Ale całość broni się i w szerszym kontekście. Vivas dobrze wie, że swoim filmem nowego lądu nie odkryje, toteż nie stara się być zbyt odkrywczy. Nie próbuje wzorem angielskich i francuskich twórców wzbogacać całości o socjo-społeczne tropy, nie rozważna też nad banalnością czy trywialnością zła, jak choćby Amat Escalante w "Los Bastardos". Jest jednak dobrym reżyserem, któremu – nie wątpię – bardziej się podobało "Funny Games" Hanekego niż "Nieznajomi" Bryana Bertino. Po standardowym wstępie, przy którym wrażenie wtórności jest jeszcze silnie odczuwalne, rozwija akcję na tyle zręcznie i prowadzi bohaterów na tyle przekonująco, że emocje towarzyszące oglądaniu opowiadanej przez niego - niekoniecznie przewidywalnej - historii biorą górę nad pamięcią tych, które już się kiedyś poznało. Swoje robi – w moim odczuciu imponująca - strona techniczna filmu, w większości składającego się z pojedynczych, dynamicznych ujęć. "Kidnapped" jest bardzo brutalne, surowe i dość realistyczne, oszczędne w dawkowaniu charakterystycznych dla gatunku tropów; źródłem grozy na ekranie i napięcia przed nim jest tu w pierwszej kolejności sytuacja bohaterów, a nie tworzona przez czysto gatunkowe środki wyrazu atmosfera. Być może za sprawą tego ostatniego trudno jednoznacznie zaszufladkować całość jako horror, mimo że na dobrą sprawę film Vivasa horrorem jest. Udanym.
Subskrybuj:
Posty (Atom)