Pokazywanie postów oznaczonych etykietą home invasion. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą home invasion. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 września 2011

Dream Home, reż. Pang Ho-Cheung (2010)

Opatrzony na wstępie informacją zainspirowane prawdziwymi wydarzeniami "Dream Home" składa się z dwóch konsekwentnie przeplatanych ze sobą części. W pierwszej z nich, rozgrywającej się w ciągu kilku godzin, bohaterka, Cheng Li-sheung, morduje kolejne osoby mieszkające w luksusowym hongkońskim apartamencie. W drugiej - reżyser niechronologicznie przedstawia poszczególne wycinki z życia Cheng mające na celu, przynajmniej częściowe, przybliżenie jej motywów, z dużym akcentem na rolę kryzysowej gospodarczo sytuacji w Hongkongu lat 90-tych i dekadzie następnej. Część druga, w swoich podstawach wzbogacająca horrorową fabułę o socjospołeczne, a w zdecydowanie mniejszym stopniu również psychologiczne aspekty - nie do końca się udała. Pang Ho-Cheung niby o czymś ważnym opowiada, ale robi to w aż zaskakująco letni sposób. Scenom nie tylko brakuje wewnętrznej dramaturgii, ale też skumulowane niekoniecznie mówią coś istotnego o dość powierzchownie portretowanej bohaterce, przez co nie stanowią zbyt interesującego (i przekonującego) uzupełnienia tej drugiej, krwawej części filmu. Samej w sobie będącej jednak wystarczająco dobrym powodem, aby "Dream Home" zobaczyć. Sprowadzając rzecz do łatek: to średniej jakości dramat i pierwszorzędny nowoczesny slasher. Gdy przychodzi do tego drugiego Pang nie ma już problemu z przyciśnięciem gazu. Sfilmowana przez niego jatka to brawurowy w swojej pomysłowości mix makabry i bardzo czarnego humoru – przerysowania, zbliżającego się do groteski, ale nigdy w sposób, który zamieniał by całość w znoszącą napięcie krwawą błazenadę. Dobra zabawa i dość paradoksalny w swojej nierówności film: pozostająca na służbie pośledniego gatunku czysta, efektowna (nawet efekciarska) kreatywność zdecydowanie góruje w nim nad tą z gruntu poważniejszą – i ważniejszą – autorską wypowiedzią.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Kidnapped, reż. Miguel Ángel Vivas (2010)


Zaskakująco dobry dreszczowiec spod znaku home invasion. Bogata, trzyosobowa rodzinna spędzająca pierwszą noc w swoim nowym domu i trzech zamaskowanych, terroryzujących ich mężczyzn. Nic nowego, choć akurat na tle przychodzących ostatnio z Hiszpanii, coraz bardziej przecenianych horrorów i gatunków blisko z nim spokrewnionych, nie sposób odmówić filmowi Portugalczyka Miguela Angela Vivasa sporej dawki surowej (anty-del Torowej) świeżości. Ale całość broni się i w szerszym kontekście. Vivas dobrze wie, że swoim filmem nowego lądu nie odkryje, toteż nie stara się być zbyt odkrywczy. Nie próbuje wzorem angielskich i francuskich twórców wzbogacać całości o socjo-społeczne tropy, nie rozważna też nad banalnością czy trywialnością zła, jak choćby Amat Escalante w "Los Bastardos". Jest jednak dobrym reżyserem, któremu – nie wątpię – bardziej się podobało "Funny Games" Hanekego niż "Nieznajomi" Bryana Bertino. Po standardowym wstępie, przy którym wrażenie wtórności jest jeszcze silnie odczuwalne, rozwija akcję na tyle zręcznie i prowadzi bohaterów na tyle przekonująco, że emocje towarzyszące oglądaniu opowiadanej przez niego - niekoniecznie przewidywalnej - historii biorą górę nad pamięcią tych, które już się kiedyś poznało. Swoje robi – w moim odczuciu imponująca - strona techniczna filmu, w większości składającego się z pojedynczych, dynamicznych ujęć. "Kidnapped" jest bardzo brutalne, surowe i dość realistyczne, oszczędne w dawkowaniu charakterystycznych dla gatunku tropów; źródłem grozy na ekranie i napięcia przed nim jest tu w pierwszej kolejności sytuacja bohaterów, a nie tworzona przez czysto gatunkowe środki wyrazu atmosfera. Być może za sprawą tego ostatniego trudno jednoznacznie zaszufladkować całość jako horror, mimo że na dobrą sprawę film Vivasa horrorem jest. Udanym.