poniedziałek, 9 maja 2011

Carlos, reż. Olivier Assayas (2010)


Zrealizowany dla Canal+ "Carlos" Oliviera Assayasa w kompletnej ponad pięciogodzinnej wersji sytuuje się gdzieś pomiędzy telewizyjnym miniserialem a filmem kinowym. Uważany jest za ten pierwszy, ale w swojej konstrukcji bardziej przypomina film pełnometrażowy. Jako taki też, przynajmniej we Francji trafił na ekrany kin (wcześniej był pokazywany na festiwalu w Cannes, zdaniem części francuskich krytyków – niesłusznie poza konkursem głównym). Patrząc pod tym kątem film Assayasa stanowi może jeszcze stosunkowo świeży, ale interesujący przykład "nowej jakości", która pojawia się w kinie m.in. za sprawą zmian, jakie dokonują się w najnowszej telewizji. W coraz istotniejszy sposób konkurującej z produkcjami kinowymi, swoją zaletę znajdując przede wszystkim w możliwości tworzenia dłuższych narracji – umożliwiających bardziej wyczerpujące, kompletne podejście do tematu.
Pomyślany początkowo, jako film koncentrujący się na jednym tylko wydarzeniu z życia słynnego terrorysty Iljicha Ramireza Sancheza, "Carlos" w rękach Assayasa rozrósł się do historii obejmującej ostatecznie okres ponad dwudziestu lat (od 1973 do 1994 roku). Historii zrealizowanej jednocześnie z rozmachem i dyscypliną; imponującą faktograficzną drobiazgowością dzięki której całość sprawia miejscami wrażenie niemal paradokumentalnej rekonstrukcji (o czym informują początkowe napisy film powstał w oparciu o badania historyczne i dziennikarskie uzupełnione jednak o elementy fikcyjne). "Carlos" przywodząc na myśl kilka innych powstałych w ostatnich latach głośnych filmów o podobnej problematyce ("Monachium" Stevena Spielberga, "Baader-Meinhof" Uliego Edela) wyróżnia się na ich tle przede wszystkim szerszą perspektywą: całościowym ujęciem tematu, co w niemałej mierze spowodowane jest tu biografią tytułowego bohatera, którego międzynarodowa działalność związana była tak z antysyjonistycznym terroryzmem palestyńskim, jak też z tym antyimperialistycznym, rozpowszechniającym się w Europie Zachodniej w latach 70-tych i 80-tych.

Ukazując obie dekady m.in. od strony lewackiego terroryzmu związanego z działalnością kolejnych rewolucyjnych frakcji (od Niemieckiej Grupy Rewolucyjnej po marksistowsko-leninowską Japońską Armię Czerwoną…) Assayas przedstawia bohaterów, jako reprezentatywnych przedstawicieli pokolenia ukształtowanego na rewolucyjnych hasłach i ideach lat 60-tych (choć ze względu na sposób oporu, reprezentatywnych w dyskusyjny sposób). I stara się być w tym portrecie możliwie obiektywny. Portretując zróżnicowane typy kolejnych pojawiających się w filmie postaci czasem pozwala sobie na sarkazm (jak wtedy, gdy japoński rewolucjonista strzela do portretu francuskiego prezydenta Georgesa Pompidou, nie zdając sobie sprawy, że Pompidou zmarł kilka miesięcy wcześniej), ale ostatecznie ani nie wysuwa krytycznego ostrza (o co było łatwo), ani nie idealizuje. Zmierza raczej do możliwie najwierniejszego oddania nastrojów i klimatu epoki; sprawienia, aby widz uwierzył, że oni wierzą. Przy tym, jest w jego filmie ten szczególny rodzaj dystansu, dzięki któremu nie odnosi się wrażenia, jakby reżyser opowiadał daną historię z góry, cały czas pamiętając o jej zakończeniu, ale jakby pozostawał gdzieś obok, umożliwiając tym samym uczciwsze ukazanie postaw właściwych konkretnemu historycznemu momentowi. Gdy przyszłość, wynik i konsekwencje działań nie są znane (klęska rewolucji nie jest przesądzona) a tło dla "walki" bohaterów – wierzących tak w głoszone przez siebie prawdy, jak też w swój idealizm – stanowi przede wszystkim niewiadoma i historyczno- polityczna zmienność.
W momencie w którym rozpoczyna się akcja filmu, zaczyna się również najważniejszy okres działalności 24-letniego wówczas Carlosa (znakomity Edgar Ramirez). Przyjmujący nieustannie postawę bojownika, żołnierza-rewolucji bardzo chętnie nadużywającego militarystycznej retoryki w stylu: broń jest przedłużeniem mojej dłoni (co mówi w trakcie zbliżenia ze swoją kochanką, podczas którego granat pełni rolę erotycznego fetyszu) jest charyzmatyczny, inteligentny i, wydaje się, naprawdę mocno wierzy w rewolucyjne hasła, do których realizacji dąży. Z drugiej strony, tej bardziej prywatnej – w pierwszej chwili sprawiającej wrażenie marginesowej a z czasem akcentowanej coraz mocniej – Carlos od początku ma w sobie próżność, przejawiającą się tak w jego terrorystycznej aktywności (gdy zabija swojego przełożonego, Assayas niedwuznacznie sugeruje, że nie jest to spowodowane wyłącznie "koniecznością" i domniemaną zdradą, ale chęcią zajęcia jego miejsca), jak też w zwyczajnym narcyzmie, w starannie pielęgnowanej postawie atrakcyjnego macho i w konsekwentnym dążeniu do medialnej sławy

Ostateczny kres terrorystycznej działalności Carlosa związany był z końcem "zimnej wojny", ale rewolucja kończy się tu wcześniej. Być może największą miarą reżyserskiego talentu Oliviera Assayasa jest sposób, w jaki ukazany zostaje w jego filmie upływ czasu i podległa mu zmiana: ta na płaszczenie historyczno-politycznej, i ta jednostkowa. Czasowe przeskoki, puste miejsca, nieuniknione w filmie, którego akcja dotyczy ponad dwudziestu lat, nie sprawiają tu wrażenia, jakby odgrywały w tym względzie decydującą rolę. Zmiana przychodzi płynnie, bez gwałtownych przerw, trochę jak w zwykłym, codziennym doświadczeniu – nie bardzo wiadomo kiedy, ale na naszych oczach. Nieustannie dynamiczny polityczny układ sił powoli, ale konsekwentnie współtworzy nową epokę - z innymi już duchem. Nowe postawy kontrastowo odbijają się w tych wcześniejszych. Carlos-rewolucjonista "niewiadomo kiedy" przekształca się w cynicznego najemnika, który na usługach komunistycznych reżimów podejmuje się kolejnych płatnych zleceń, nie rezygnując przy tym z wciąż tej samej retoryki o walce z imperializmem, a Carlos-narcystyczny macho w jednej ze scen uderza prostytutkę ponieważ nie podoba mu się, że po seksie oralnym wypluwa ona jego nasienie do zlewu.

Te dwa porządki – swoje myślenie o świecie i swoje myślenie o sobie – z czasem zbliżają się tu do siebie coraz bardziej i wzajemnie obnażają. Gdy udzielając wywiadu bohater przyznaje, że jedyne czego jest pewien, to że zostanie kiedyś zabity, to ze stwierdzenia tego, jakkolwiek uzasadnionego w ustach terrorysty ściganego przez wywiady kolejnych krajów, przebija jednocześnie jakaś chęć wpisania się w rewolucyjny mit na podobieństwo choćby tego, który unieśmiertelnił Che Guevarę (na którego zresztą bohater się stylizuje). W historii Iljicha Ramireza Sancheza nie ma jednak miejsca na podobną "chwałę": w powolnym, konsekwentnym i bezlitosnym historycznym porządku kończy się nie tylko rewolucja, ale też rewolucjonista.

5 komentarzy:

  1. Trzeci akapit wygląda w pewnym miejscu, jakbyś pisał o Mad Men:]

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny tekst, a słowa "ani nie wysuwa krytycznego ostrza (o co było łatwo), ani nie idealizuje. Zmierza raczej do możliwie najwierniejszego oddania nastrojów i klimatu epoki;" zachęciły mnie skutecznie do obejrzenia. Zasysam.

    OdpowiedzUsuń
  3. To mówisz, że mam nie odstawiać cyrku i w końcu obejrzeć? W kinie wytrzymałem godzinę z okładem... Obiecałem sobie, że nie będę się tego wstydził. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wstydzić raczej się nie powinieneś. Podczas festiwalowej gorączki można się jednak wystraszyć seansu trwającego pięć i pół godziny. Ludzka rzecz. ;) Ale jak już zobaczysz całość - docenisz.

    OdpowiedzUsuń