piątek, 11 grudnia 2015

Pierwszy felieton o slasherach. Rozgrywka o pełnokrwistość.


Analogicznie do bohaterów być może każdego innego mocno skonwencjonalizowanego gatunku lub podgatunku filmowego, slasherowe heroiny rozgrywają nie jedną, a dwie walki. Pierwszą, ze swoim ekranowym prześladowcą; i drugą, z szablonem: o indywidualność, charakter i wyrazistość, co niełatwe w gatunku zrytualizowanym tak bardzo, poddanym konwencji, twórczym i fanowskim przyzwyczajeniom, w myśl których to nie pozytywne postacie budzą największe zainteresowanie, ale ich morderczy antagoniści. Sława żadnej Nancy, Erin czy nawet Laurie, nie może się równać z tą, jaka spłynęła na takie popkulturowe ikony, jak Jason Voorhees, Freddy Krueger czy Michael Myers.
      
Odpowiednio do dwóch starć, które są ich udziałem, slasherowe heroiny narażone są na dwie okrutności. Pierwsza należy do morderców w maskach hokejowych i im podobnych. Druga do demiurgów: reżyserów i scenarzystów filmowych; tych z prawdziwego zdarzenia, tych z dupy i tych pośrodku, którzy tak jak mogą być najlepszym sprzymierzeńcem dziewczyny w opałach, tak też mogą być jej największym wrogiem. I często są. Trywializują, wciskają w przyciasny podkoszulek, pozostawiając samą sobie w ciemnym lesie, bez czasu i miejsca na właściwości; w końcu porzucają. Dobitnymi przykładami bezduszności i okrucieństwa demiurgów są pierwsze "Piątki trzynastego", gdy heroina, zwycięska w poprzednim filmie cyklu, ginie w początkowych minutach następnego, po wszystkim, co przeszła, tak po prostu, jakby drugi raz niewarta już była tych 90 minut.

Wśród gatunkowych serii, "Piątków trzynastego", "Balów maturalnych", "Koszmarów z ulicy Wiązów", "Ulic strachów" i "Koszmarów minionego lata"... jedna Sidney Prescott z "Krzyków" Wesa Cravena jest heroiną obecną w każdej kolejnej odsłonie.

Z licznego grona, często ledwo pamiętanych - rozmywających się w podobnej do siebie wielości - slasherowych dziewcząt z sąsiedztwa, opiekunek do dziecka, studentek w kampusie lub na obozie letnim zmuszonych do starcia ze złym, bez większego trudu wyłaniam z pamięci te poszczególne, które lubię najbardziej. Obok wspomnianej już, granej przez Neve Campbell, Sidney, to Constance z "Tuż przed świtem" (Deborah Benson), Nancy i Alice z kolejnych "Koszmarów z ulicy Wiązów" (Heather Langenkamp i Lisa Wilcox), Jannicke z dwóch pierwszych części norweskiego "Cold Prey" (Ingrid Bolso Berdal), Angela z około-slasherowego "Poziomu -2" (Rachel Nichols) i może najbardziej z nich wszystkich skuteczna Erin z "Następny jesteś ty" (Sharni Vinson), która swą indywidualność wygrywa m.in. czymś, co na ogół jest siłą slasherowych psychopatów: swoją pojedynczością przeciwko im wielu.

Najsłynniejszą slasherową heroiną jest bez wątpienia Laurie Strode (Jamie Lee Curtis), pojawiająca się w trzech odsłonach 8-częsciowej obecnie serii "Halloween". Postać Laurie zapoczątkowała kanoniczny dla gatunku typ final girl, a o jej miejscu w historii slashera świadczy choćby fakt, że zrobiła raz coś, co normalnie w zwyczaju mają raczej Michael i Jason: powstała z martwych. Mimo swojej rzekomej śmierci, o której informuje czwarta odsłona serii, powróciła do niej po latach, już nie jako girl, a jako woman.
 
Przy całej sympatii dla oryginalnej Laurie, w slasherowej rozgrywce o pełnokrwistość koronę wręczyłbym jednak nie jej, a Laurie Strode nr 2 (z domu Angel Myers); przejmująco zagranej przez Scout Taylor-Compton bohaterki wyreżyserowanego przez Roba Zombie remake’u "Halloween" oraz jego w pełni już oryginalnej, ciężkiej jak kamień nagrobny kontynuacji. O ile w pierwszym z tych filmów, Laurie, śladem swojej poprzedniczki, idzie drogą klasycznej final girl - i idzie nią pięknie - o tyle w drugim jest final girl po przejściach: zniszczoną psychicznie, śniącą w śnie i na jawie koszmar ponad swoje siły. Zombie dorzuca jej jeszcze bólu i pozwalając Michaelowi dobrać się jej do umysłu, urządza Laurie okrutny, rodzinny mindfuck. Jest to jednak okrucieństwo innego już rodzaju niż te, o których wyżej. Wyrasta z fatalizmu opowiadanej historii, jej powagi i osobliwego melodramatyzmu, nie z obojętności twórcy. Zombie dramatyzuje bohaterkę swego filmu tak, jak nikt wcześniej nie dramatyzował slasherowej heroiny, a Scout Taylor-Compton gra ją tak, jakby dźwigała ciężar ich wszystkich.   


tekst dostępny również na blogu Kinomisja

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz